Konkurs z nagrodami



Udział w konkursie może wziąć każdy, kto przeczytał moją książkę "Perły rzucone przed damy".

Recenzję i zdjęcie, na którym widoczna jest książka, należy przesłać do 1.listopada 2019 na adres berezanskabarbara@gmail.com
Proszę o załączenie informacji: Wyrażam zgodę na udostępnienie mojej recenzji i zdjęcia na blogu http://kasiaperla.blogspot.com

Zapraszam do wzięcia udziału w konkursie 😊

Powodzenia



Bigos Baśki



1 kg łopatki
1 kg kiszonej kapusty
0,5 kg pieczarek
2 cebule
2 ząbki czosnku
10 suszonych śliwek
1 łyżeczka soli
1/2 łyżeczki pieprzu
1 łyżeczka przyprawy uniwersalnej
1 łyżeczka czerwonej papryki
1 łyżka majeranku
2-3 liście laurowe
4-5 ziarenek ziela angielskiego 
2 łyżki masła klarowanego lub innego tłuszczu

Mięso kroję w dużą kostkę, zalewam wodą, dodaję liść laurowy i ziele angielskie. Gotuję godzinę na małym ogniu. Na patelni podsmażam pokrojoną w kostkę cebulę, pieczarki pokrojone w ćwiartki oraz czosnek w całości. Pod koniec smażenia dodaję czerwoną paprykę. Wrzucam to razem z kiszoną kapustą, śliwkami oraz reszta przypraw opeocz majeranku do mięsa z wywarem. Gotuję około pół godziny (aż kapustą będzie miekka). Pod koniec gotowania fodaje majerenek.

Smacznego! 

A wy jak gotujecie bigos? 

Czy wozić podopiecznego autem i na co zwracać uwagę


Źródło

Czasami pojawiają się oferty pracy w miejsca, gdzie wymagane jest prawo jazdy. Ja chętnie korzystam z takich ofert i nie widzę w nich nic strasznego. Posiadam prawo jazdy, jeżdżę po Polsce i Niemczech własnym autem i jest to moim atutem. Dzięki temu mam większe szanse na zatrudnienie,  mam odwagę, by więcej wymagać, a jednocześnie mogę założyć, że nie będę uwięziona wraz ze starszą panią w czterech ścianach. Cenię sobie niezależność. Z doświadczenia wiem, że niemieckie rodziny potrafią docenić fakt, że opiekunka potrafi jeździć samochodem. Dzięki temu może przejąć takie obowiązki jak duże zakupy, czy wizyty u lekarzy. Jeśli podopieczna jest mobilna, można również wyskoczyć z nią do znajomych, rodziny, czy na wycieczki. Dla mnie taka oferta to tylko i wyłącznie plus. Pomijając wieczną walkę o poszanowanie moich praw na zleceniach w opiece źle wspominam te miejsca, gdzie zabijała mnie nuda, gdzie siedziałam z chorą podopieczną w domu i marzyłam o tym, by się z niego wyrwać. Szczerze, to przerwy, wolne popołudnia, wolne dni, jakie miałam na zleceniach, nigdy nie były moim jedynym czasem, kiedy to opuszczałam dom podopiecznej. Każde wyjście na zakupy, do fryzjera, do znajomych, na rehabilitację, na zajęcia dla seniorów, czy do znajomych było dla mnie namiastką normalności. Dzięki nim miałam kontakt z innymi ludźmi.

Jeśli jednak decydujemy się na to, że będziemy wozić podopiecznych autem, należy zwrócić uwagę na pewne sprawy.

Pierwsza z nich to niemieckie ubezpieczenie OC. W Niemczech najtańsze ubezpieczenie OC na auto to takie, gdzie ubezpieczony jest tylko i wyłącznie kierowca/ posiadacz auta. Znamy Niemców dobrze i wiemy, że bardzo lubią oszczędzać. Na wszystkim. Na jedzeniu, na środkach czystości, na wodzie, na prądzie, na benzynie, na nas… No i chcąc zaoszczędzić na ubezpieczeniu OC bardzo często decydują się na ubezpieczenie imienne. Tak długo, jak są samodzielni i faktycznie to oni kierują własnym autem, nie ma to najmniejszego znaczenia. Problem pojawia się wówczas, gdy stają się chorzy, niedołężnie, do ich domu trafia opiekunka i to  ona prowadzi ich auto. Firmy nie ostrzegają ani opiekunek, ani niemieckich rodzin, że zanim opiekunka zacznie korzystać z auta podopiecznego, trzeba dopilnować formalności. Tzn. trzeba dopisać opiekunkę do ubezpieczenia. Zdarza się, że niektóre rodziny mają rozszerzone ubezpieczenie na innych użytkowników auta. Na moim ostatnim zleceniu jedno z aut miało np. ubezpieczenie firmowe i mógł nim jeździć każdy. Koniecznie trzeba spytać, jakim ubezpieczeniem objęte jest auto, zanim do niego wsiądziemy. W przeciwnym razie, gdy spowodujemy wypadek, a niemiecka rodzina nie będzie miała gestu, to my będziemy pokrywali szkody z własnej kieszeni. Czyli gra nie jest warta świeczki. Znam już trochę życie i na samym zapytaniu bym nie skończyła, tylko poprosiłabym o pokazanie takiej polisy. Jeśli podopieczny nie chce dopisać nas do swojej polisy, należy poprosić o pisemne oświadczenie, że w razie wypadku zobowiązuje się on do  pokrycia wszystkich kosztów. Jeśli polisa jest imienna, właściciel nie chce nas do niej dopisać, ani wydać nam oświadczenia, w którym zwalnia nas z odpowiedzialności finansowej w razie wypadku, powinniśmy odmówić używania jego auta. Moim zdaniem takie sprawy powinna załatwiać firma przyjmująca zlecenie, w którym wymagane są prawo jazdy. Doskonale jednak wiemy, że firmy umywają ręce w wielu ważnych sprawach. Obecnie rozglądam się za pracą właśnie w agencjach pracy dla opiekunek jako rekruter albo osoba do kontaktu z klientem zagranicznym. Kiepsko mi to jednak idzie. Niestety firmy chyba widzą we mnie wroga. Wciąż nie rozumieją, że ciąży na nich pewna odpowiedzialność względem pracowników. Szkoda, bo jestem pewna, że słowo firmy jest bardzo ważne dla potencjalnego klienta i szanując się nawzajem, można by było wiele zleceń ustawić przed przybyciem opiekunki w taki sposób, że pracowałaby ona na nim latami. Tymczasem pracodawca patrzy się na opiekuna, który w ciągu pięciu lat pracował dla dwudziestu firmy, z góry zakładając, że nie jest on lojalnym pracownikiem. Jak można być lojalnym w stosunku do firmy, która ma nas gdzieś? Oczywiście znajdą się osoby, które stwierdzą, że tak nie jest. Ja dostrzegam stosunek firmy do opiekunów na każdym kroku. Począwszy od zamieszczanych ogłoszeń, poprzez zawierane z nami umowy, a na tak ważnych sprawach, jak określenie stawki wyżywieniowej, dopilnowanie warunków mieszkalnych, sprawdzenie informacji od niemieckich rodzin, a na takim ubezpieczeniu OC kończąc.

Czasami zdarza się, że opiekunka jedzie do Niemiec własnym autem. Podopieczni bardzo często korzystają z okazji i pada pytanie, czy będziemy ich wozić, czy możemy zrobić zakupy…

Osobiście również nie widzę w tym problemu, ale jest pewne „ale”. Koniecznie trzeba ustalić, jak będą się z nami rozliczać z poniesionych kosztów. Zgodnie z ustawą o zwrocie kosztów podróży (Bundesreisekostengesetz) pracownikowi, który używa własnego auta należy się 0,30 euro/ km. Przyznam szczerze, że kilka razy jeździłam na zleceniu własnym autem. Tylko raz rodzina seniora ustaliła ze mną, że będzie zwracała mi za to pieniądze. Wstyd się przyznać, ale czasami się o to nawet nie upomniałam. A trzeba. W takich  miejscach kończyło się na tym, że w pewnym momencie odmawiałam używania mojego auta w celach związanych z pracą i Niemcy byli oburzeni, gniewali się i takie tam. Wielu osobom wydaje się, że jestem roszczeniową opiekunką, ustawiam Niemców po kątach. Tymczasem pisząc o mojej pracy w opiece, coraz częściej zdaję sobie sprawę, że w wielu miejscach pozwalałam im na zbyt wiele. Są sprawy, które od samego początku powinno stawiać się jasno. Myślę, że jeśli kiedyś wrócę do opieki, to nie będę tak, jak wcześniej spokojnie przyglądała się, co czas pokaże, w nadziei, że będzie dobrze, tylko sporządzę sobie listę spraw, które powinnam omówić już pierwszego dnia. Hmm. Może sporządzę dla was taką listę. – Tak rodzą się pomysły na kolejne artykuły 😊.

Trzecia uwaga dotyczy wożenia osób chorych na demencję. Wiemy, że są oni nieobliczalni. Nie zawsze są świadomi choroby. Potrafią nami dyrygować podczas jazdy, mówić, czy z ich strony jest wolne. W żadnym wypadku nie należy ich słuchać. Powinniśmy  polegać tylko i wyłącznie na samych sobie. W przeciwnym razie może się to źle skończyć. Czasami należy rozważyć, czy wożenie takich podopiecznych jest bezpieczne. Np. podopieczny mający halucynacje, siedzący obok nas, może wykonać ruch, który nas zaskoczy, utrudni jazdę lub wręcz spowoduje wypadek. Pracując u Eli, często wysyłałam ją taksówką na zajęcia dla seniorów. Informowałam taksówkarza, że jest chora na demencję i prosiłam, by odprowadził ją do samej sali. Raz kierowca, gdy to usłyszał, poprosił podopieczną, by usiadła z przodu, drzwi zamknął na  ten dzyndzolek, aby nie mogła ich otworzyć. Tak w ogóle zdziwił się, że podopieczna chora na demencję mieszka w domu. Spytał się mnie, czy może. No właśnie. Czy może? Tymczasem my bardzo często (przynajmniej ja) zajmujemy się osobami chorymi na demencję. Zawsze twierdzę, że pewne osoby nie nadają się do opieki domowej. Nie mam problemu, by uświadamiać o tym ich rodziny. Jest to naszym obowiązkiem. Przy tej chorobie konieczne jest, by wiedzieć kiedy ta granica pomiędzy „może mieszkać w domu”, a „nie może mieszkać w domu” została przekroczona. Jeśli więc nie czujecie się bezpiecznie za kierownicą, wożąc podopieczną, również powinniście odmówić wożenia jej. Jeśli nie czujecie się z nią bezpiecznie w domu, należy zrezygnować ze zlecenia. Ale to już inny temat. Ważny. Niby jest to logiczne, ale są osoby, które pozostają w miejscu pracy, w którym boją się podopiecznych. Zdarza się, że tkwią również u ludzi, gdzie dochodzi do przemocy fizycznej. Dla mnie jest to nie do pomyślenia.

Skoro już jesteśmy przy jeżdżeniu autem, wspomnę jeszcze, że w Niemczech nie ma obowiązku jazdy z włączonymi światłami. Oczywiście dla własnego bezpieczeństwa włączamy je przy złej pogodzie, w nocy, czy np. gdy wjeżdżamy do tunelu. Z jednej strony jest to fajna rzecz. Jak zwykle ma coś wspólnego z oszczędzaniem. Z drugiej jest to odrobinę niebezpieczne, ponieważ człowiek nie wyrabia sobie takiego nawyku, że wsiadając do auta, musi włączyć światła, a wysiadając musi je wyłączyć. Czy też np. ja wjeżdżając do tunelu na początku nie pomyślałam o tym, że wypadało by włączyć  światło. No ale przy oszczędzaniu już tak jest, że żeby zaoszczędzić, trzeba więcej myśleć.

I kolejny temat dotyczący poruszania się autem po Niemczech to jazda dieslem. Na terenie całego Stuttgartu są zabronione diesle. W innych miastach najczęściej jest zakaz wjazdu dieslem do centrum miasta. Jest nawet odcinek autostrady w Niemczech, na którym auta na ropę są zabronione. Także jeśli się wybieramy do Niemiec, warto zorientować się w sytuacji. W miarę aktualne informacje o strefach wolnych od diesli znajdziecie na stronie Dieselfahrverbot. Kara (Bussgeld) wynosi od 25 euro do 80 euro. Oczywiście po takiej kontroli jesteśmy zobowiązani, by opuścić strefę wolną od diesli. 

To na tyle informacji dla zmotoryzowanych. Mam nadzieję, że są one dla was przydatne. Pamiętajcie: walczcie o siebie, bo jak widać, nikt inny o was nie zadba.  

Jak reagować, gdy podopieczny lub jego rodzina wygania nas z domu



Podejmując się pracy w opiece nad osobami starszymi, musimy się liczyć z najróżniejszymi sytuacjami. Myślę, że opiekunom z doświadczeniem nie muszę opowiadać o przedziwnych sytuacjach, jakie mają miejsce w naszej branży. Nie raz walczyliście z pewnością o czas wolny, o kromkę chleba, o przespane noce, o święty spokój…

Ludzie starsi bywają trudni. Zwłaszcza ci z początkami demencji. Proszę pamiętać, że demencja to nie tylko gubienie przedmiotów i zapominanie o wydarzeniach. Demencja to również brak logicznego myślenia, idzie za tym upartość, złośliwość. W zależności od charakteru podopiecznego praca z takimi ludźmi może być niezwykle trudna. Niestety bardzo często negatywne cechy wyostrzają się na starość i bywają powodem, dla którego z ludźmi starszymi dosłownie nie da się żyć. 

Opiekunów, którzy zaczynają dopiero pracę zapraszam do zapoznania się z moją książką Perły rzucone przed damy. Zawarłam w niej najważniejsze informacje dla opiekunów osób starszych. Z jednej strony jest to podręcznik dla opiekunów, z drugiej mój sposób na odreagowanie niewdzięcznej pracy, której podjęłam się pięć lat temu. Opisałam w niej wiele sytuacji, którym nie mogłam sprostać, z którymi nie mogłam się pogodzić, które będę pamiętała do końca życia. 

Nie jestem wyjątkiem w tej branży. Inne opiekunki często mówią mi, że ta książka otworzyła im oczy. Dopóki nie trafiła ona do ich rąk, były bowiem przekonane, że coś z nimi jest nie tak. Ogólnie jesteśmy narodem, który lubi narzekać. Dziwne, bo opiekunki jeżdżące busami do pracy w opiece często są takie zadowolone. Opowiadają, jak to im dobrze, jak to są zadowolone z pracy, jak są szanowane. Człowiek siedzi, słucha i myśli, dlaczego tak źle trafia. A tu taka Baśka pisze książkę, w której opisuje swoją poniewierkę po niemieckich salonach i wszystko staje się jasne. Wiele osób w mojej książce odnalazło samych siebie. Moje historie są bardzo często bowiem również waszymi historiami. To, co spotkało mnie, spotkało również wielokrotnie was. Może w nieco innym wydaniu. Być może radziłyście sobie w takich sytuacjach lepiej, a może gorzej. 

W każdym bądź razie ani moja książka, ani wasze opowiadania o trudach naszej pracy nie są nikomu na rękę. Nie są na rękę agencjom, które prześcigają się w poszukiwaniu nowych opiekunów. Rzadko są w stanie i zazwyczaj nie zależy im na zatrzymaniu starych pracowników. W ogłoszeniach czyta się o sympatycznych staruszkach, samodzielnych panach, wspaniałej rodzinnie i basenie w ogrodzie, albo nawet plaży tuż za rogiem, jeśli ma się odrobinę szczęścia. Rzeczywistość bywa jednak inna. Na prawdzie nie zależy niemieckim rodzinom. Obecnie przed wydaniem mojej drugiej książki pt. „(Bez)silna opiekunka, czyli polsko-niemiecka (bez)nadzieja” spotkałam się z groźbami ze strony niemieckiej. W książce nie podaję prawdziwych imion, miejscowości, a mimo wszystko kogoś boli, że prawda trafi do ludzi spoza branży. Być może z jednej strony to naruszenie prywatności ludzi, u których przyszło mi pracować. Z drugiej strony każdy ma przecież prawo opowiedzieć o tym, co go spotkało. Wisi więc nade mną być może rozprawa sądowa, a ja brnę na przekór wielu osobom dalej przed siebie. Powiedziało się „A”, trzeba powiedzieć „B”. Napisałam pierwszą książkę, nie sposób było nie wydać drugiej. Oczywiście na prawdzie nie zależy również naszemu rządowi. W  Polsce  dzieje się ludziom tak dobrze. Pieniądze są rozdawane na lewo i prawo. Czy potrzebującym, to już inna sprawa. Czy ludziom zależy na tej jałmużnie, czy może bardziej ucieszyliby się z godnej, dobrze płatnej pracy? Co ja mówię „dobrze płatnej”?! Myślę, że wielu z nas ucieszyłaby pensja, która umożliwiłaby nam normalne życie. Nie takie wystawne, na pokaz, ale takie normalne, gdzie nie musimy się martwić z czego opłacić rachunki i przeżyć do  pierwszego. Na tym, by świat dowiedział się prawdy, nie zależy również niektórym opiekunkom. Twierdzą, że pracują z wyboru, że wszystko jest ok. Czy jest ok? No nie wiem. Tak naprawdę w Niemczech wszyscy pracują według ściśle określonych zasad. Tylko w opiece tak nie jest. Bo tak jest wszystkim wygodnie - Niemcom, którzy mają ogromny problem z niedołężnymi, starszymi ludźmi i Polakom, którzy mają problem z zatrudnieniem setek tysięcy ludzi. Zwłaszcza tych w wieku przedemerytalnym. 


Dziś poruszę bardzo trudny temat. Już dawno miałam o tym napisać, ale potrzebowałam odpoczynku. 

Agresja podopiecznych. 

No cóż. Zdarza się. W takich sytuacjach najlepiej zejść im z pola widzenia i odczekać, aż się uspokoją.

Czy zawsze jest to możliwe?

Moja pierwsza podopieczna bardzo często wyganiała mnie z domu. Jej córka była świadoma choroby matki. Gdy nie mogłam sobie poradzić z seniorką, dzwoniłam do jej córki. Właściwie kobieta musiała przyjeżdżać do nas niemal codziennie. Uspakajała matkę, czasami u nas nocowała, po czym rano jechała do pracy. Nie dostrzegałam w tym dramatu, ponieważ wiedziałam, że mogę liczyć na pomoc.

Były jednak i inne zlecenia. Raz trafiłam do podopiecznej, która planowała dla mnie masę prac po uprzednim zwolnieniu całej służby. Pierwszego dnia powiedziałam więc, na czym polega moja praca. Starsza pani była oburzona, a ja czekałam na jej córkę w nadziei… Nie wiem na co liczyłam. Córka próbowała ze mną rozmawiać, ale momentami dostawała również jakichś napadów szału i zaczęła mnie wyganiać z domu. Interweniowała firma, która zabroniła mi zjeżdżać. Stałam przed dylematem – wyganiał mnie zdrowy człowiek, a firma zabraniała opuścić miejsce pracy. W końcu udało mi się przenocować. Poza uszczerbkiem na moim zdrowiu psychicznym nie stała mi się krzywda. 

Kolejna podopieczna dostała szału, bo zamroziłam bez pytania zupę z dnia poprzedniego. Firmie udało się wymusić zachowanie dwutygodniowego okresu wypowiedzenia. 

I ostatnia podopieczna, która dała mi popalić to Tina, o której będziecie mogli przeczytać w mojej kolejnej książce. Wielokrotnie powtarzała mi, że mam się wynosić. Doszło do rękoczynu raz, drugi, trzeci. Firma wypowiedziała niemieckiej rodzinie umowę. Mimo wszystko nie było łatwo opuścić te zlecenie. Nie będę wdawała się w szczegóły. Przeczytacie o tym, już w krótce. 

Co jest najciekawsze w tych historiach, często jesteśmy wyrzucani z domu podopiecznych, a jednocześnie nie możemy opuścić miejsca pracy, bo ktoś nam tego zabrania. I tu pojawia się problem. Wielu opiekunów obawia się kar, jest zastraszanych przez niemieckie rodziny, przez firmy, czasami sami może nie chcą zjechać, bo są przecież w trudnej sytuacji i muszą zarobić pieniądze. Pamiętajmy jednak, że u niektórych podopiecznych może nam się stać krzywda. 

Ku przestrodze obejrzyjcie sobie pewien film jednej z naszej koleżanki: Bandyci pobili mnie...

Może jest trochę nad wyrost, może kobieta nie zachowała się tak, jak trzeba... Ale czy mamy pewność, że gdybyśmy sami znaleźli się w takiej sytuacji, to czy panowalibyśmy nad naszymi emocjami? Czy potrafilibyśmy się obronić? W jej zachowaniu zauważyłam wiele błędów. Nie będę tutaj analizowała każdego po kolei. Powiem tylko jedno: w sytuacjach, gdy zejście z oczu podopiecznym lub jego rodzinie nie przynosi skutku, bierzemy, co mamy najważniejszego w rękę, czyli torebkę i telefon i wychodzimy z domu. Dzwonimy na policję, na pogotowie. Zwłaszcza jeśli jesteśmy sami z podopiecznym. Oni się nim zajmą. Kontaktujemy się z firmą. Po puszczeniu tego materiału wiele osób twierdziło, że ta kobieta miała prawo zostać w domu, że bała się wyjść, dokąd miała wyjść itd. To że miała prawo, nie znaczy, że powinna była tam zostać. Była tak przestraszona, że w pewnym momencie nawet nie docierało do niej, co dzieje się wokół niej. W policji widziała wroga. Nie potrafiła na spokojnie przedstawić sytuacji. I stała jej się krzywda. Powinna była wyjść. Jeśli firma nie odbierała telefonu, warto było szukać schronienia u sąsiadów. Czułaby się u nich bezpiecznie i być może wtedy potrafiłaby skorzystać z pomocy policji. Tymczasem jej puściły nerwy i policja stała się jej wrogiem. Oczywiście wzywanie policji to jest ostateczność. Warto próbować załagodzić sprawę. Jeśli jednak sytuacja wymknie się spod kontroli, warto skorzystać z pomocy policji. Tylko pamiętajcie – koniecznie trzeba zachować spokój. Nie wolno podnosić głosu. Nie warto koncentrować się na bio jajkach i innych pierdołach. Najlepiej przygotować umowę, powiedzieć, że jest się zatrudnionym u seniora, że jest to praca z wyżywieniem i zakwaterowaniem, że jest się głodzonym,  wyrzucanym z domu, że nie ma się znajomych w okolicy, a przedstawiciel firmy nie odbiera telefonu. Policja nie zostawi w takiej sytuacji. Jeśli będzie taka możliwość, wymusi na niemieckiej rodzinie, by przenocowała opiekunkę do rana, do wyjaśnienia sytuacji z pracodawcą. Jeśli będzie widziała, że opiekunka nie jest w tym miejscu bezpieczna, znajdzie jej nocleg. Zwróćcie uwagę, że tutaj problemem nie był chory, agresywny podopieczny. Sytuacja wymknęła się spod kontroli, pomimo że rozegrała się między zdrowymi psychicznie ludźmi. Także prawo prawem, ale moim zdaniem, gdy widzimy, że nasze bezpieczeństwo i zdrowie jest zagrożone, bierzmy nogi za pas. A praw dociekajmy ewentualnie później. Na spokojnie, bez emocji, z pomocą osób trzecich, którzy potrafią przedstawić nasze racje. 
Powiecie: „łatwo ci mówić”? Nie jest mi łatwo o tym mówić i nie było mi łatwo, gdy znajdowałam się w podobnych sytuacjach. Jednak postępując w taki sposób udało mi się uniknąć takich drastycznych momentów. Gdy sytuacja eskaluje do tego stopnia, jak na tym filmie, myślę, że trauma może pozostać na całe życie. A tego przecież nie chcemy. 

Korepetycje z języka niemieckiego online




Korepetycje z języka niemieckiego online lub dla osób z okolic Środy Śląskiej ( do 30-40 km) z dojazdem do domu


Osoby zainteresowane, proszę o kontakt przez formularz kontaktowy na blogu.

Przy okazji opiekunom zawsze służę dobrą radą odnośnie pracy w opiece. Sama byłam opiekunką osób starszych. Uważam, że nasze prawa nie są szanowane, a często sama nie wiedziałam, jak mam walczyć z niesprawiedliwością, o czym możecie przeczytać w mojej książce Perły rzucone przed damy oraz w książce, która ukaże się pod koniec października pt. (Bez)silna opiekunka, czyli polsko-niemiecka (bez)nadzieja. Uważam, ze powinniśmy się wspierać. Czasami opadam z sił, widząc, na co niektórzy się godzą. W każdym bądź razie te osoby, które pragną lepszych warunków w pracy, zawsze mogą liczyć na moją pomoc.

Języka niemieckiego uczyłam się cztery lata w liceum w Polsce, następnie po roku nauki w Niemczech (niemiecki, matematyka, ekonomia i informatyka) zdałam tam maturę i zaczęłam studia na Hochschule für Wirtschaft, Technik und Sozialwesen. Wiele lat pracowałam w Niemczech.

Cena korepetycji ustalana indywidualnie.

Poruszanie się środkami komunikacji po Niemczech



W Niemczech komunikacja miejska jest na wysokim poziomie. Nie spotkałam się z miejscowościami, do których nie docierałby żaden autobus. O ile dobrze pamiętam, to raz przyszło mi pracować w małej miejscowości w Hestii, gdzie autobus kursował co godzinę. Dla mieszkańców było to ogromne utrudnienie. A przepraszam. Pracowałam u seniorki w Bocholt, gdzie w niedziele nie jeździł żaden autobus do miasta. Dla pani był to dramat. Dla mnie ogromna radość – mogłam odpocząć od jej wypadów do miasta - wielokrotnych w ciągu dnia. Poruszając się po Niemczech niejednokrotnie wzdychałam na myśl o mojej rodzinnej wsi, gdzie autobus kursował wówczas dwa razy dziennie. Do tego o informacje u nas było trudno. Jeszcze trudniej o kupienie biletu. Zazwyczaj kupowało się bilety w autokarze, o paragon trudno było się doprosić, nie mówiąc już o zniżkach. Do tego każda przesiadka najczęściej zobowiązywała do kupna nowego biletu. Co najzabawniejsze pasażer nie miał pewności, że autobus nie odjedzie za wcześnie. Do dziś może się zdarzyć, że przepełniony autokar nawet nie zatrzyma się na przystanku, tylko śmignie nam przed oczyma, zostawiając nas z głupkowatym wyrazem twarzy. Tak, to jest Polska. A jednak za nią tęsknimy. Oburzamy się, gdy Niemiec pyta, czy mamy zmywarkę, twierdząc, że nasz kraj jest taki sam. Baa. U nas jest nawet lepiej!  Nie wiem pod jakim względem. Chyba jedynie pod takim, że tu jest nasze serce.

Wracając do komunikacji  miejskiej w Niemczech…

Najpopularniejszym i najwygodniejszym środkiem komunikacji międzymiastowej jest Deutsche Bahn, czyli kolej państwowa. Na stronie internetowej www.db.de możemy wyszukać połączenia z jednej miejscowości do drugiej. Otrzymamy informacje łącznie z przesiadkami i ceną biletu. Co ciekawe bilet kupuje się na cały odcinek, a nie przy każdej przysiadce. Znacznie obniża to koszty podróży. Zasada obowiązuje również, gdy na niektórych odcinkach musimy przesiąść się do metra, czy autobusu. Wyszukując połączenie, warto zaznaczyć, że nie chcemy podróżować koleją ICE (Inter City Express). W przeciwnym razem podróż będzie nas kosztowała znacznie więcej. Niemieckie środki transportu kursują ściśle według zegarka. Żaden autobus, pociąg, tramwaj, czy metro nie odjeżdżają wcześniej lub później bez ważnego powodu. W razie opóźnienia pasażerowie są informowani na bieżąco o godzinie odjazdu lub zmianie peronu, z którego będzie odjeżdżał pojazd. Jeśli wybieramy się więc w dłuższą podróż, warto słuchać zapowiedzi na dworcu. 
Dworce główne mogą was nieco przerazić. Zbiera się na nich cała śmietanka towarzyska. To istna wieża Babel, jakiej w Polsce jeszcze nie można spotkać. Uważam, że mimo wszystko jest tam bezpiecznie. 
Informacje o trasie można otrzymać również w punktach informacyjnych (łącznie z wydrukiem) lub w mniejszych miejscowościach w automatach stojących przy dworcach (również z wydrukiem). Bilety kupuje się w automatach. Jeśli chodzi o autobusy, to można je kupić również u kierowcy (na krótki odcinek). W pociągach można kupić bilet u kontrolera,  jeśli np. automat na dworcu nie działał. Kara za jazdę na gapę wynosi minimum 40 euro.

Autobusy miejskie są niskopodłogowe. Łatwo do nich wejść i wyjść. Można podróżować z nieograniczoną ilością bagażu, chodzikiem, rowerem, psem. Osoby niepełnosprawne na wózkach mogą skorzystać z rampy, którą kierowca opuszcza na życzenie.

Metrem, tramwajem i pociągiem również łatwo podróżuje się z dodatkowym bagażem, czy  rowerem. Aczkolwiek czasami podróżując koleją regionalną, może się zdarzyć, że będziemy mieli kilka schodków do pokonania.

Kupując bilet warto zwrócić uwagę na zniżki np. weekendowe, dla kilku osób podróżujących razem, na bilet całodniowy, czy na bilet upoważniający nas do kilku przejazdów.

Zwiedzając miasto, koniecznie musicie zwrócić uwagę na obszar, po którym zamierzacie się jeździć. Cena biletu jest bowiem zależna od tego, po jakim obszarze miasta zamierzacie się poruszać. Jest to tzw. Zone lub Kreis. Nie jest to istotne przy zakupie jednorazowego biletu na krótki odcinek. Natomiast przy kupnie biletu na cały dzień, czy miesiąc, należy zwrócić na to uwagę.

Mamy bilet, wiemy, jak dojechać do celu i wydaje nam się, że już po wszystkim. Nic bardziej mylnego. Podróżując autobusem i tramwajem koniecznie musimy wiedzieć, że zbliżając się do docelowego przystanku, należy nacisnąć przycisk „stopu”. Przyciski takie mają kolor czerwony i są umieszczone wzdłuż całego autobusu i tramwaju. W przeciwnym razie pojazd może się nie zatrzymać.

Do autobusu zawsze wsiadamy drzwiami koło kierowcy i okazujemy mu bilet. Natomiast nigdy nie wysiadamy drzwiami koło kierowcy.

Do pociągów miejskich tzw. S-bahnów wsiadamy z prawej strony w kierunku jazdy, a wysiadamy z lewej strony  w kierunku jazdy. Wyjątki stanowią stacje, gdzie nie jest to możliwe. Warto słuchać zapowiedzi.

Ostatnia wskazówka: aby wejść lub wyjść z metra lub S-bahnu należy nacisnąć przycisk przy drzwiach, w momencie,  gdy świeci się na zielono.

Mam nadzieję, że artykuł będzie dla was pomocny. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, proszę napisać je w komentarzu. Postaram się na nie odpowiedzieć. 
Zapraszam do artykułu Chodzenie po schodach ruchomych. Może się on okazać pomocny w połączeniu z tym tematem. 

Windy do transportu osób starszych i niepełnosprawnych w warunkach domowych



Opiekując się osobami starszymi lub niepełnosprawnymi, stajemy przed wieloma problemami. Jednym z nich jest transport takich osób nawet w ich własnym mieszkaniu, jeśli składa się ono z dwóch lub więcej pięter. Na szczęście istnieją rozwiązania tego problemu.

Pierwszym z nich jest krzesełko schodowe, które można również zamontować na krętych schodach. Oczywiście koszty takiego krzesełka mogą się znacznie różnić w zależności od toru jezdnego. Jest on bowiem robiony na wymiar. Jeśli mamy proste schody, zamontowanie takiego krzesełka będzie nas kosztowało znacznie mniej, niż jeśli mamy w mieszkaniu schody kręte. Obsługa krzesełka jest bardzo prosta. Senior może obsługiwać je sam, przy pomocy przycisków znajdujących się przy krzesełku, lub może je obsługiwać opiekun, przy pomocy pilota. O krzesełku schodowym będziecie mogli przeczytać w mojej nowej książce, która ukaże się już pod koniec października. Na razie nie mogę wam zdradzić tytułu. Będzie w niej opowiadanie o pociesznej podopiecznej, która korzystała z tego wynalazku.

Dla osób, których nie stać na zamontowanie krzesełka schodowego, ciekawą alternatywą może być schodołaz, który jest znacznie tańszy. Wymaga jednak większej pomocy opiekuna, podczas gdy z krzesełka schodowego senior może korzystać nawet sam.

Do transportu osób na wózku służą platformy schodowe.

Wszystkie trzy rodzaje wind są ogromną pomocą nie tylko dla seniora, ale i dla ich opiekunów. Przemieszczanie się z jednego piętra na drugie dla osób starszych i niepełnosprawnych bywa ogromnym wyzwaniem ale i tworzy niebezpieczne sytuacje. Warto pomyśleć o zamontowaniu takiej windy nawet, jeśli wydaje nam się, że senior jest w miarę sprawny i spokojnie może pokonać tę parę schodków. W rzeczywistości do wielu wypadków dochodzi właśnie podczas wchodzenia po schodach. Senior może stracić równowagę, czy się potknąć. Pamiętajmy, że takie upadki są tragiczne w skutkach. Rehabilitacja po złamaniach w podeszłym wieku jest niezwykle trudna, trwa bardzo długo. Niekiedy senior do końca życia staje się zależny od drugiego człowieka. A tego nikomu nie życzymy.

Czy ktoś z was spotkał się w pracy opiekuna z jedną z tych wind?

Crème fraîche



Crème fraîche to francuska, lekko ukwaszona śmietana o zawartości tłuszczu około 35 %.
W Niemczech jest dostępna właściwie we wszystkich sklepach spożywczych. Jakie było moje zdziwienie, gdy obszukałam półki w czterech różnych marketach w Polsce i nie znalazłam tej śmietanki. Szkoda, bo jest to naprawdę bardzo przydatny produkt. Nadaje się świetnie do zagęszczania zup, sosów - nie waży się tak, jak słodka lub kwaśna śmietana. Można ją stosować do przygotowywania pysznych deserów, czy też dipów. Sprawdza się jako dodatek do owoców lub warzyw np. przy sałatce z pomidorów, czy też mizerii.

Dlaczego o niej piszę, skoro nie ma jej w naszych sklepach?

Otóż okazało się, że crème fraîche można przygotować samemu w bardzo prosty sposób. Wyczytałam, wypróbowałam i dziś podzielę się z wami moim doświadczeniem.
Potrzebujemy dwa opakowania słodkiej śmietanki 30- 35% po 200 g i 2 łyżki maślanki. Śmietankę mieszamy w słoiku z maślanką i odkładamy na dobę w ciepłym miejscu. Idealna temperatura to 30 stopni. Fajnie się robi taką śmietankę w lecie. U mnie zgęstniała ona zaledwie po kilku godzinach. W zimie najlepiej postawić ją w pobliżu kaloryfera. Gdy zgęstnieje, należy ją przez kolejną dobę schłodzić w lodówce. Zanim włoży się ją do lodówki, ma dziwną konsystencję - ciągnie się nieapetycznie. Natomiast po schłodzeniu jest gęsta niemalże, jak serek. Wkrótce z pewnością wrzucę przepis z jej wykorzystaniem.

A wy używacie tej śmietanki? Robicie ją sami, czy wiecie, gdzie można na nią zapolować?

Zanim zasnę - propozycja filmowa (amnezja)


Źródło

Zanim zasnę to bardzo interesujący film. Pokazuje on, jak główna bohaterka Christine, cierpiąca na amnezję, radzi sobie z chorobą. Amnezja jest skutkiem wydarzeń sprzed lat. Christine kładąc się co wieczór do łóżka, wie, że kolejnego dnia nie będzie nic pamiętała. Decyduje się na terapię. W tajemnicy przed mężem. Psychoterapeuta radzi jej, by przed snem nagrywała najważniejsze szczegóły z danego dnia. Rano dzwoni on do niej i jej o tym przypomina. Kobieta ogląda swój pamiętnik video i z dnia na dzień, zna coraz więcej informacji ze swojego życia. Zwraca uwagę na pewne nieścisłości. W końcu okazuje się, że jej troskliwy mąż...
No i pojawia się dreszczyk grozy.

Polecam!

W rolach głównych Nicole Kidman. Sprawdziła się świetnie w tej roli. Byłam zawiedziona, gdy z ognistego rudzielca zamieniła się w seksowną blondynkę. Obecny styl bardzo do niej pasuje. Podkreśla jej wrażliwość i delikatność. Aktorka świetnie spełnia się w rolach ofiary. Całkiem niedawno oglądałam inny film z nią w roli głównej - "Tłumaczka". Również grała w nim znakomicie.

Dolmadaki



Składniki:

850 g liści z winogrona (w słoiku)
1 kg mięsa
200 g ryżu
1 duża cebula
Pieprz, sól, olej

Mięso przyprawiamy pieprzem i solą. Dodajemy cebulę zeszkloną na oleju. Dobrze użyć jest w miarę tłustego mięsa. Wyrabiamy, jak na mielone. Dodajemy surowy ryż. Formujemy z masy ruloniki wielkości kciuka. Następnie zawijamy je w liście podobnie, jak gołąbki - najpierw zakladamy boki, poczym zwijamy w rulonik. Układamy w naczyniu z grubym dnem. Dno naczynia wykładamy resztkami liści. Dolmadaki układamy ciasno, ponieważ będą się gotowały w dużej ilości wody i w przeciwnym razie mogłyby się rozlecieć. Na górę kładziemy talerz do góry dnem. Przyciskamy kamieniem lub naczyniem wypełnionym wodą. Zalewamy dolmadaki wodą i gotujemy około dwie godziny. Po ugotowaniu warto je zostawić w tej zalewie, żeby przeszły smakiem liści i doszły. Można spożywać od razu lub podgrzewać np. w naczyniu do gotowania na parze. W moim przypadku jest to varoma thermomixa, która ma dużą pojemność.

Kto z was zna tą potrawę?

Jest to danie typowo greckie. Dolmadaki takie można robić też z samego ryżu, ale przyznam szczerze, że nigdy nie robiłam wersji wegetariańskiej. Można je skropić cytryną. Podać z sosem holenderskim (świetny przepis znajdziecie na platformie z przepisami Cookidoo) lub z zaziki.

Smacznego!

Chodzenie po schodach ruchomych


Źródło

Ruch to zdrowie. Nie ma nic lepszego, niż wykorzystywanie codziennych sytuacji do tego, by poruszać się, jak najwięcej. Zamiast wozić się na zakupy autem, warto przejść się do sklepu na nogach. Powiecie: kto będzie nosił te zakupy? Ano my. Tylko zamiast robić zakupy raz na jakiś czas, fajnie chodzić do sklepu codziennie. Ruch to zdrowie. Tymczasem nam szkoda czasu.

W rzeczywistości marnujemy ogromne ilości bezcennego czasu, siedząc bezmyślnie przed telewizorem, czy np. na Facebooku, śledząc znajomych sprzed 30- 40 lat. Można zadać sobie pytanie: co jest ważniejsze - my, nasze zdrowie, nasz czas, nasze prawdziwe życie, z którego rezygnujemy żyjąc życiem wirtualnym, czy życie Facebookowiczów i Instagramowiczów, które w rzeczywistości niewiele ma wspólnego z prawdziwym życiem. Jedno zdjęcie z jachtu, nie świadczy, że ktoś codziennie bierze udział w szampańskim party, jeden dobrze wysmażony stek w restauracji Magdy Gessler nie znaczy, że cały świat jada tak na co dzień. Zapewniam was, jedząc swojego schabowego z tłuczonymi ziemniakami i mizerią, jesteście tacy sami, jak większość naszego społeczeństwa. Uściski dłoni z Krzysztofem Ibiszem, obściskiwanie się z obcym facetem i Ani Mru-Mru - nie budzi się w nas żaden Niemoralny Niepokój. Siedzimy, jak ta Mariolka przed telewizorem, komputerem, smartphone i wierzymy, że jesteśmy jacyś Paranienormalni, bo żyjemy w innym świecie. Nie jadamy kawioru, nie wozimy się limuzynami, mami zwyczajnego chłopa, który sześciopak to ma, ale jak pójdzie do żabki po piwo. Dlatego przestańcie marzyć i śnić o życiu innych. Czas ten wykorzystajcie dla siebie. Ruszcie się. Zamiast jeździć windą, warto przejść się schodami. Zamiast korzystać ze schodów ruchomych, niektórzy z chęcią pokonaliby te kilka stopni samodzielnie. Nie tylko dla zdrowia. Dochodzę do takiego wniosku, oglądając niektóre filmiki w internecie, ale i biorąc udział w dyskusjach na forum.

Jak nie wchodzimy po schodach


Jak nie schodzimy po schodach


Jak wchodzimy po schodach ruchomych nie dotykając schodów


Niby proste i logiczne. Coraz częściej śledząc niektóre wpisy naszych polskich emigrantów i emigrantek, stwierdzam, że mówić trzeba również o tak logicznych czynnościach, jak poruszanie się po schodach ruchomych.

Schody ruchome poruszają się w dół i w górę. Chcąc z nich skorzystać, wybieramy je nie na zasadzie "entliczek pentliczek", lecz świadomie decydujemy się na te, które dowiozą nas na górę lub na dół. Wchodzimy na te, które mają przy wejściu niebieską strzałkę. Nie wchodzimy na te, na których widnieje czerwony znak stopu. W ogóle przyglądając się ludziom na mieście, bardzo często przychodzi mi pomysł do głowy, że piesi powinni również robić pieszojazdy, prawopieszkę, czy jakkolwiek można by nazwać taki dokument, upoważniający do chodzenia pieszo.

Zdarza się, że niektóre schody poruszają się i w dół i w górę. Przed takimi schodami należy poczekać, zanim się zatrzymają i dopiero na nie wejść. Skąd wiadomo, że poruszają się one w dwóch kierunkach? Przy wejściu widoczna jest strzałeczka w górę i w dół.

Wchodząc na schody, należy pamiętać o tym, że one pojadą bez względu na to, czy my postawimy na nie drugą nogę, czy nie.

Schodząc, należy pamiętać, że to nie są schody do nieba, ani do Hadesu i one się kiedyś skończą. Trzeba w odpowiednim momencie z nich zejść.

Jak widzieliście na filmie, poręcz jest ruchoma. Jeśli złapiemy się jej ręką, wiadomo, że nasze ciało się nie rozdzieli, tylko za nią podąży.

Poruszając się takimi schodami, osoby które na nich stoją, powinny stać po prawej stronie, a po lewej nie powinien stać nikt, gdyż jest ona zarezerwowana dla tych, którym się spieszy i którzy chcą po nich wchodzić.

Świat idzie naprzód. Nie możemy stać w miejscu, bo wciągną nas takie ruchome schody.

Konkurs fotograficzny



Kto ogląda na moim blogu zdjęcia z wycieczek?

Dwa z nich dostały się do konkursu.

Jeśli wam się podobają, zapraszam do głosowania.

Zdjęcie Głębia wzroku
Zdjęcie Odkryj w sobie pociąg do Wrocławia

A może chcecie pochwalić się własnymi? Zapraszam do udziału w konkursie. Można wysłać cztery zdjęcia. W moim przypadku dwa odrzucono i dwa przyjęto.

Z góry dziękuję za udział w głosowaniu.

Czym zajmuje się była opiekunka osób starszych, autorka książki „Perły rzucone przed damy”, blogerka, miłośniczka gotowania i paplania?



Decydując się na zmianę branży, wiedziałam, że nie będzie łatwo. Powtarzałam sobie, że łatwo, nie zawsze znaczy dobrze.
Bardzo boleśnie odczułam walkę z całym światem, pracując jako opiekunka osób starszych w Niemczech.
Z kim przyszło mi walczyć? 
Jak niektórzy zauważyli walczyłam z niemieckimi seniorami, którzy pomimo że byli ubezwłasnowolnieni, nie mogli zaakceptować faktu, że są chorzy. Starali się oni za wszelką cenę udowodnić światu, że są zdrowi. Bardzo utrudniało mi to pracę. Odbijało się to również na ich relacjach zarówno ze mną, jak i z ich własną rodziną. 
Wchodziłam w konflikt z rodzinami seniorów, które najczęściej otwierały szeroko buzię ze zdziwienia, słysząc, że nie jestem na każde zawołanie, że mnie również obowiązuje czas pracy, że nie wykonuję czynności medycznych oraz że w niektórych przypadkach mogę zjechać ze zlecenia, nie zachowując okresu wypowiedzenia. 
Walczyłam z firmami, które prowadzą politykę, jakże inną od polityki niemieckiego pracodawcy. W Polsce latami nasz rynek pracy był rynkiem pracodawcy. To się zmieniło. Niestety wiele firm jeszcze tego nie dostrzega lub nie wie, jak walczyć o pracownika. Próbują go zatrzymać groźbą, przyciągnąć wyższą stawką. Tymczasem czasami wystarczyłby zwykły ludzki szacunek. 
Trudno będzie nam się nauczyć szacunku do innych. Fakt, że przez lata było nam tak ciężko, że żeby coś mieć, trzeba było to albo ukraść, albo wykombinować, sprawia, że nie jesteśmy nauczeni szacunku do samego siebie. Nie ma w nas czegoś takiego, jak duma, honor, nie patrzymy już chyba nawet w lustro. Większość z nas przeraziłaby się tym, co by w nim ujrzała. Najbardziej jednak brakuje nam pewności siebie. Jej brak powoduje, że zadawalamy się kompromisami. Że nie rozumiemy ludzi, którzy zaznali innego traktowania za granicą. Nie wiemy, czego oni od nas oczekują. 
Ja jestem właśnie takim człowiekiem. W wieku siedemnastu lat wyjechałam do Niemiec na studia. Po kilku latach z różnych powodów zdecydowałam się na pracę w gastronomii w Niemczech. Pensja nie była powalająca. Lubiłam jednak to, co robiłam. Pracodawca mnie szanował. W pewnym momencie rynek niemiecki zalali ludzie z „polską” mentalnością. Brali się za robotę, która do nich nie należy. Decydowali się na mniejsze stawki, aby zainteresować sobą pracodawcę. 
Nie wiem dlaczego myślałam, że w opiece nie będzie takich ludzi. Przecież jeszcze pięć lat temu ta branża była niemal w całości opanowana przez Polaków. Jedynym plusem zmiany branży była wyższa pensja. Pięć lat trwało, aż zrozumiałam, że to opiekunowie sami uczą Niemców braku szacunku do naszej pracy, do naszego czasu wolnego, do naszego życia, do nas, jako do ludzi. W opiece ma miejsce identyczna sytuacja, jak w gastronomii. Ludzie, którzy mają jakieś braki, nie znają języka, nie mają doświadczenia, mają przysłowiowy "nóż na szyi" lub po prostu, którym brakuje pewności siebie i w nikim bliskim nie mają wsparcia, godzą się na wszystko. Niemcy to widzą i wykorzystują. Do tego jeszcze dochodzą firmy, które dostrzegają w tej branży ogromne możliwości zarobkowe. Są one świadome beznadziejnej sytuacji wielu Polaków, ale i dramatu Niemców, którymi nie ma się kto zająć. Jak hieny dorabiają się, na beznadziei ludzi, którzy mają nadzieję na lepszą przyszłość i godną starość. 
Porzuciłam tą nadzieję lepszego jutra w opiece. Zdecydowałam się na pracę w Polsce. 
Co mnie tu spotkało? 
Zamknięte umysły. Rozmowy w sprawie pracy, w której naprawdę się widziałam i wiem, że bym się w niej sprawdziła, kończące się stwierdzeniem: „No tak, ale pani nie ma doświadczenia z klientem”.
Nie wiem. Nie rozumiem. Doświadczenia z klientem? 
Klient to też człowiek. A doświadczenia z ludźmi mi nie brakuje. Zaczynając od ludzi bezdomnych, żyjących na socjalu, poprzez osoby w konflikcie z prawem, znałam głośnych, impulsywnych włoskich kucharzy, spokojnych Greków, których nawet trzecia wojna światowa nie zmusiłaby do działania, na flegmatycznych Niemcach kończąc. A oni byli różni. Miałam styczność z Bauerami, adwokatami, właścicielami potężnych firm, rektorami, informatykami, lekarzami. 
Ale nie miałam kontaktu z klientem i koniec. 
W pierwszej chwili denerwowałam się na tych ludzi z zamkniętymi umysłami, którzy oceniają mnie tylko i wyłącznie poprzez pryzmat wykonywanych wcześniej zawodów. Postanowiłam się jednak nie koncentrować na tym, co mnie hamuje. 
I wtedy przypomniałam sobie o moim thermomiksie, który kupiłam już ponad cztery lata temu. O  moich planach podjęcia współpracy z firmą Vorwerk, które przesuwałam w czasie. Sama nie wiem dlaczego odkładałam to na później. Z pewnością gdzieś podświadomie bałam się zmian. Być może nie czułam się na siłach, by zostać przedstawicielem handlowym. Nie jestem osobą, która sprzeda ludziom wszystko. Jestem jednak osobą, która sprzeda ludziom wszystko to, w co wierzy. Jestem w stanie sprzedać treść mojego bloga. Jestem w stanie sprzedać moją książkę Perły rzucone przed damy i kolejną, która ukaże się już wkrótce. Jestem w stanie sprzedać thermomiks, który ostatnie cztery lata jeździł ze mną wszędzie. 
Wspominałam nawet o nim w mojej książce:

"Na szafce stał mój Thermomiks. Koordynatorka miała w domu taki sam. Opowiadała, jakie to dobre urządzenie. W powietrzu utrzymywał się niesmak po słowach o szarej strefie."


"Pomyślałam, że i tak mam ze sobą swój Thermomiks i na pewno znajdzie się na niego miejsce w kuchni."


"Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno rozłożenie Thermomiksa w kuchni i gotowanie w normalnych warunkach będzie możliwe. "


W ekspresowym tempie przeszłam bardzo interesujące szkolenie, które dodało mi pewności siebie. Zetknęłam się na nich z ludźmi, którzy mają otwarte umysły. Nie odrzucają czegoś tylko dlatego, że jest to dla nich nowe, nieznane. "Chwytają byka za rogi" i podbijają świat. 
Życzę każdej opiekunce takiego powrotu do życia. Znalezienia pracy dla siebie. Pracy, która będzie was cieszyć, a która jednocześnie pozwoli wam na normalne życie. 
Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o thermomiksie, zapraszam na stronę firmy Vorwerk
Ciekawe, że jest to niemiecka firma. Może dlatego dostrzegłam w niej szansę dla siebie? Nie wiem, czy mi wyjdzie, czy nie. W każdym bądź razie będę mogła z czystym sumieniem wpisać w mój życiorys kolejną rubryczkę: przedstawiciel handlowy – kontakt z klientem. Jak znam życie, osoby rekrutujące znajdą inny argument, by nie dać mi szansy, ale jakoś się tym nie przejmuję. Świat stoi przed nami otworem. Nie warto tkwić w miejscu. Musimy iść naprzód. Przecierać sobie szklaki, które doprowadzą nad do sukcesu. Odkryjmy siebie. Nie naśladujmy innych. Żyjmy własnym życiem, własnymi pasjami, własnymi marzeniami. 
Zaczynam kolejną walkę. Tym razem jest to walka ze samą sobą. Z własnymi lękami, uprzedzeniami, słabościami. 

A Ty kiedy się zdecydujesz? 

Galareta z drobiu i oryginalny pomysł jej podawania zaczerpnięty z Niemiec



Składniki:

cały kurczak
2 marchewki
1/4 selera
1 cebula
2 ząbki czosnku
6 jaj
groszek (opcjonalnie)
2-3 listki laurowe
3-4 ziarenka ziela angielskiego
2 żelatyny (na 2 litry wywaru)
sól, pieprz

Kurczaka kroimy na mniejsze kawałki i zalewamy wodą. Gdy zacznie się gotować, zbieramy szumowiny, dodajemy ziele angielskie, liście laurowe, marchew, seler i przypieczoną na suchej patelni cebulę oraz czosnek. Gotujemy do miękkości. Pod koniec gotowania dodajemy sól. W międzyczasie gotujemy jaja na twardo. Z wywaru wyciągamy mięso. Doprawiamy wywar pieprzem i solą. Mięso kroimy na mniejsze kawałki. Doprawiamy pieprzem i solą. Do naczynia/ pojemników wkładam ugotowane jaja, marchew z wywaru, ewentualnie groszek. Na to układamy warstwę mięsa i wylewamy wywar. Odstawiamy do wystygnięcia.

Większość osób jada z pewnością galaretę tradycyjnie z octem i chlebem. W Niemczech jada się ją do obiadu ze smażonymi ziemniakami oraz sałatą. Oczywiście koniecznie z octem lub cytryną. Dodatkowo posypuje się ją świeżą cebulą lub szczypiorkiem. Może brzmieć dziwnie, ale zapewniam, że smakuje wyśmienicie. Proponuję wypróbować.

Jakiś czas temu pisałam o tym wynalazku w poście galareta ze smażonymi ziemniakami.

Smacznego!!!

Placki marchewkowo-ziemniaczane



Składniki:
(2-3 porcje)

3 średnie ziemniaki
1 marchewka
1/2 cebuli
1 jajko
2 łyżki mąki
1 łyżka startego parmezanu
1 łyżkę soku cytryny (dzięki niemu ziemniaki zachowują kolor)
1/2 łyżeczki soli
szczypta czarnego pieprzu

Ziemniaki, marchewkę i cebulę trzemy na tarce. U mnie w domu tarło się na tarce z drobnymi oczkami. Ja używam do tego blendera lub thermomiksu. Miałam okazję, jeść placki z ziemniaków startych na tarce z grubymi oczkami i przyznam się, że smakowały wyśmienicie. Decyzję, jak przygotujecie ziemniaki, zostawiam wam. Do startych warzyw dodajemy resztę składników i dokładnie mieszamy. Smażymy na patelni z rozgrzanym olejem.

Podajemy z wędzonym łososiem i sałatą, z zaziki lub na słodko z musem jabłkowym.

A Wy jak podajcie placki ziemniaczane? Znacie inne wersje tego dania?

Dla osób, które pragną ograniczyć spożywanie węglowodanów, zapraszam do zapoznania się z przepisem na placki z cukini. Wyglądem i smakiem są podobne.

Jeśli ktoś nie je potraw smażonych, może upiec w piekarniku zapiekankę ziemniaczaną.

Smacznego!!!

Wirówka do sałaty (Salatschleuder)



Rzecz prosta i chyba znana. A jednak postanowiłam wrzucić na bloga. Bardzo proste, tanie, ale i użyteczne urządzenie. Oczywiście można odsączyć wodę z sałaty odstawiając ją na sitku. Jeśli mamy mało czasu, woda nie tak całkiem z niej ścieknie i wówczas nasz pyszny sosik do sałaty traci smak, mieszając się z resztkami wody. Natomiast po wysuszeniu sałaty w wirówce, jemy ją z pysznym, skoncentrowanym sosem, takim, jaki przyrządziliśmy. 

Czy używacie wirówki do sałaty? 

U mnie w domu jej nie było. Pierwszy raz spotkałam się z nią, pracując w gastronomii. Oczywiście rozmiar był inny. Największe wirówki mieli Włosi. Gdy spytałam Giuseppe o wirówkę do sałaty, a on przytargał coś, w czym mogłam się schować, pomyślałam i powiedziałam: "no tak, ty zawsze musisz mieć wszystko najlepsze i największe 😉😂". - Ku jego radości. 😂😂😂 

Nadziewany kotlet mielony z grila



Składniki:
(jedna porcja)

200 g mięsa mielonego
1 jajko
2 pomidorki koktajlowe
4-5oliwek
łyżeczkę kaparów
25 g sera feta
pieprz, sól, oregano, olej

Mięso wyrabiamy, jak na zwykłe mielone. Kawałek foli aluminiowej smarujemy olejem. Z mięsa mielonego formujemy kulę i rozgniatamy ją na foli. Brzegi zostawiamy wolne. Na resztę mięsa kruszymy ser feta oraz nakładamy resztę składników (pokrojony pomidor, kapary, oliwki, ewentualnie pepperoni). Mielone składamy razem z folią w pół i dociskamy lekko brzegi. Prosto z foli kładziemy na grila. Grilujemy, jak każde mięso.

Jeśli ktoś nie lubi sera fety, można użyć starty na grubej tarce żółty ser.

Tosty z pieczarkami i żółtym serem



Składniki:

Chleb tostowy
Masło
Żółty ser w jednym kawałku
Pieczarki
Pieprz
Ewentualnie keczup

Żółty ser i pieczarki zetrzeć na tarce z grubymi oczkami, dodać świeżo zmielonego czarnego pieprzu, wymieszać. Chleb tostowy posmarować cienko masłem z jednej strony. Posmarowaną część ułożyć na zewnątrz. Do środka włożyć dowolną ilość nadzienia. Ścisnąć i włożyć do tostera. Tosty znakomicie smakują z keczupem.

A wy jak robicie tosty?

Konkurs z nagrodami - trzy książki pt. Perły rzucone przed damy, losowanie



Poprzednie filmy na Youtube skasowałam. Spotkałam się z atakiem na moją osobę z powodu mojej książki i bloga oraz z powodu naruszenia prawa pewnych osób do prywatności. Słusznie, czy niesłusznie... Nie dałam rady przyjąć tego mężnie na klatę. Stwierdziłam, że nie szukam guza, ani żadnych problemów i usunęłam filmy.

Książka jednak powstała. Już niedługo minie rok od ukazania się jej na rynku.

Temat złych warunków pracy polskich opiekunów w Niemczech istnieje. Moje wspomnienia z wyjazdów w charakterze opiekunki nie różnią się specjalnie od tego, co codziennie przeżywają polscy opiekunowie w Niemczech.

Nie winię za to Niemców. Ci, do których ja trafiłam nie są wyjątkiem. Nie są źli, nie są dobrzy. Mają problem. - Tysiące starych, schorowanych seniorów, którymi nie ma się kto zająć. Rozwiązaniem jest opiekun z Europy wschodniej.

I tu pojawia się problem. - "Wielka machina", która powstaje w odpowiedzi na zapotrzebowanie niemieckiego rynku pracy w postaci licznych agencji, która świadoma braku perspektyw ludzi niewykształconych, w średnim lub nawet w zaawansowanym wieku, na zakręcie życiowym, zagubionych, szukających dobrego, łatwego zarobku sprytnie wykorzystuje ich sytuację. Oferuje ona Niemcom całodobowego pracownika od wszystkiego. Fizycznie niemożliwe? Papier przyjmie wszystko, a Niemiec wierzy w słowo pisane, jak i w słowo mówione.

Padają obietnice w kierunku Niemców i opiekunów.

Zderzenie z rzeczywistością.

Opiekunka walczy, Niemiec walczy, firma najczęściej umywa ręce...

Ot taki sobie los polskiego opiekuna w Niemczech.

W październiku ukaże się kolejna książka. Tymczasem zapraszam do zapoznania się z opiniami o mojej pierwszej książce Perły rzucone przed damy. Osoby zainteresowane pod linkiem znajdą również liczne księgarnie, w których można ją zamówić.

Pierwsza rozmowa kwalifikacyjna


Źródło

Hmmm pierwsza rozmowa kwalifikacyjna za mną. Poczułam się jak dinozaur szukający pracy wśród świeżo upieczonych absolwentek. Gdzie pracują ludzie po czterdziestce?!

Pierwsze wrażenie: "Matko Boska! Do tego wśród tych młodych ludzi?!"

Przy emerytkach czułam się młodo. A tu masz! - Dinozaur! Zmiany będą ogromne. Jeśli nie w tej firmie, to w innej, ale czekają mnie całkiem inne obowiązki. Wysiłek intelektualny, odpowiedzialność, rozwój, kontakt z normalnymi ludźmi. - To, czego teraz potrzebuję.

Drugie wrażenie: "Można to ogarnąć, fajnie by było. Dostałabym komputer, stanowisko i dłubałabym sobie przy przydzielonym mi portalu. Troszkę, jak prowadzenie bloga, tylko dla kogoś."

Trudno powiedzieć, jak poszła mi rozmowa.

Gdy musiałam myśleć i mówić po polsku, myślałam po niemiecku. I na odwrót - gdy musiałam myśleć i mówić po niemiecku, myślałam po polsku. Po dwudziestu latach w Niemczech jestem językową kaleką. Optymistycznie podchodząc do sprawy - poliglotką.

Mam nadzieję, że praktyka czyni mistrza i nabiorę wprawy.

Ogólnie rozmowa nie była może porażką pomimo wpadek i blokady umysłu. Nie mogę jednak powiedzieć, że zabłysłam profesjonalizmem. - No cóż. Oderwana od garów i od demencyjnych podopiecznych mam daleką drogę, by wrócić na właściwy tor.

Fajnie, że są osoby rekrutujące, które nie mają uprzedzeń w stosunku do ludzi, którzy na dwadzieścia lat zatrzymali się w rozwoju.

Jestem czterdziestoletnim dinozaurem z dwudziestoletnim umysłem i stu letnim doświadczeniem życiowym. Porównując się do mnie sprzed dwudziestu lat, stwierdzam, że jednak doświadczenie to ogromny plus. Dwadzieścia lat temu z takiej rozmowy wyszłabym, jak jakaś sierotka, pomimo że byłam świeżo po szkole.

Czas pokaże, czy ktoś przygarnie dinozaura.

Dla mnie dzisiejszy dzień i tak jest na plus. - Stawiłam czoła kolejnemu wyzwaniu.

W nocy do drugiej nie spałam. Pół nocy byłam zafascynowana możliwościami Excela. Kolejne pół wymiotowałam, bo się kurczę posiliłam o drugiej w nocy. Wstałam nieprzytomna, a jednak dałam radę.

Resztę dnia wykorzystam na relaks.

Może na weekend jakaś wycieczka? - Też macie potrzebę zwiedzania nowych okolic? Jeśli nie wrócę do opieki, to będzie mi żal tych miejsc, które mogłam poznać na nowych zleceniach.

Wierzę jednak w to, że praca w Polsce da mi nie tylko satysfakcję ciekawej pracy, ale i z czasem dobrze płatnej pracy, dzięki której zwiedzę i Niemcy i Polskę i może przyjdzie w końcu czas na Grecję. Stawka potrzebna mi na przeżycie jest dla firmy realna. Ze skrzynią złota przywiezioną z Niemiec, da się wyżyć do podwyżki. Zresztą oprócz pracy na etat mam jeszcze inne pomysły na zarabianie pieniędzy. Będzie dobrze. Nie uważacie?

Dostałam odmowę z firmy. To źle, ale i jednocześnie dobrze. Basia ma pewną zasadę: nie pcha się na siłę do ludzi, którzy jej nie potrzebują lub nie potrafią docenić. Pomimo że już się widziałam w tym miejscu oczyma wyobraźni, odmowę przeżyłam. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Najwyraźniej czeka na mnie coś lepszego ;-).

Strach przed podjęciem decyzji


Decyzje podejmujemy codziennie. Nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy, jak często.

O której wstaniemy z łóżka, o której wyjdziemy do pracy, co będziemy jeść, co będziemy robić, czy przejdziemy na pomarańczowym świetle, a może nawet na czerwonym. Czy uśmiechniemy się do sąsiadki, czy może pokażemy focha, by zademonstrować nasze niezadowolenie z powodu hałasu, jaki dochodził z jej mieszkania późnym wieczorem. 
Są to proste decyzje. W związku z tym zapadają one niemal automatycznie. Przez lata określiliśmy własne wartości, cele i schematy, na podstawie których decydujemy o tym, jak postąpimy. Większości ludziom przychodzą one łatwo. Bywają jednak i tacy, którym nawet te drobne decyzje sprawiają problem. Często wynika to z tego, że wcześniej ktoś inny decydował za nich lub po prostu nie mają oni odwagi w podejmowaniu decyzji, przez co podejmują je rzadko, odkładają na później, a co gorsze po jej podjęciu rozważają, czy była ona słuszna. Tymczasem nie ma co zastanawiać się nad decyzją, która już zapadła. Nawet jeśli efekty jej podjęcia były inne, niż się spodziewaliśmy, nie znaczy to, że była ona niesłuszna. Potrzebne są wówczas kolejne decyzje, rozwiązania i kolejne kroki, by iść naprzód.

Gdy musimy podjąć decyzje w związku z czymś, co jest nowe w naszym życiu oraz będzie miało znaczący wpływ na nasze dalsze losy, bywa nieco trudniej. Nie mamy utartych schematów, jak postępować wobec nowego problemu. Obawiamy się, że podjęta decyzja będzie niesłuszna. Długo się wahamy, a nawet unikamy jej podjęcia. Tymczasem odwlekanie nic nie da. Problem w dalszym ciągu będzie nas trapił, będzie do nas powracał, nie będzie dawał nam spokoju.

W rzeczywistości w życiu każdego człowieka jest niewiele decyzji, które są nieodwracalne, z których skutkiem nie można się uporać, które zadecydują o tym, czy przeżyjemy, czy może pożre nas dziki zwierz, jak było to na początku dziejów ludzkości. W dzisiejszych czasach wybranie mniej korzystniejszego wariantu będzie miało jedynie wpływ na nasz komfort, a nie na to, czy przeżyjemy. Świadomość tego powinna odebrać nam sporą część lęku przed podejmowaniem decyzji. Wystarczy zadać sobie pytania: 
- Co stanie się, gdy podejmę niesłuszną decyzję? Jakie mogą być jej negatywne skutki? Czy będę mógł na nie w jakiś sposób zareagować, by nie miały one znaczącego wpływu na komfort mojego życia?
Wybierając z dwóch różnych rozwiązań, powinniśmy sobie zdawać sprawę z tego, że życie jest nieprzewidywalne i tak naprawdę przy podejmowaniu decyzji nigdy nie możemy mieć stu procentowej pewności, że po jej podjęciu nasze życie potoczy się tak, a nie inaczej. Ważne jest, by postępować w zgodzie ze samym sobą i potrafić żyć z konsekwencjami własnego postępowania. Podjęta przez nas decyzja będzie wymagała od nas szeregu kolejnych. Mniejszych i większych. Zamiast więc zamartwiać się, nie potrafiąc rozwiązać danego dylematu, warto jak najszybciej podjąć decyzję i obserwować, jakie przyniesie ona efekty, a następnie umiejętnie na nie reagować.
Im więcej decyzji podejmujemy, tym łatwiej one nam przychodzą, tym lepiej potrafimy się obchodzić z ich konsekwencjami. 
Gdy decydujemy się na coś, należy iść konsekwentnie do przodu i nie zastanawiać się, co by było, gdyby... Owszem, chwila refleksji nie zaszkodzi, by na przyszłość wiedzieć jeszcze lepiej, jak postępować, czego się chce od życia, czy też, by uniknąć drobnych błędów. Nie należy natomiast „pluć sobie w brodę”, że postąpiło się źle. Tak naprawdę nie ma złych decyzji. Każda decyzja jest dobra. Zdarza się jednak, że wymaga od nas podejmowania kolejnych. Sztuką nie jest podjęcie jednej decyzji. Sztuką jest zrozumienie, że cokolwiek zrobimy, życie i tak potoczy się tak, jak będzie chciało i będziemy musieli je prostować na nowo. 
Także życzę wszystkim radości z podejmowania decyzji. 
Nie warto ich odkładać na później. Jeśli stoimy dniami, a nawet miesiącami przed jakimiś dylematem i boimy się podjąć jakichkolwiek kroków, możemy stracić pewność siebie. Natomiast jeśli podejmiemy decyzje, które są pozytywne w skutkach, nabieramy odwagi i pewności siebie. 
Oczywiście jeśli mamy czas, warto przeanalizować za i przeciw, rozglądnąć się za innymi możliwościami. Czasami jednak nie mamy czasu na zastanawianie się dniami, czy też tygodniami, na analizę, czy na poradzenie się drugiej osoby. Warto wówczas zdać się na własną intuicję. Mogłoby się wydawać, że postępowanie zgodnie z intuicją nie jest do końca racjonalne. Tymczasem intuicja to nic innego, jak przebłysk myślowy, który tworzy się w naszej głowie, na podstawie danych, które w niej mamy. Tych świadomych ale i właśnie tych podświadomych, których przy racjonalnej analizie dylematu nie bierzemy w ogóle pod uwagę. Warto, a nawet należy zorientować się w sytuacji, jeśli chce się podjąć ważną decyzję. Ostatecznie jednak to intuicja powinna mieć przewagę przy podejmowaniu decyzji.

A czy ty chętnie podejmujesz decyzje? A może w ostatnim czasie podjąłeś jakąś ważną, którą chcesz się z nami podzielić? 

Ja zrezygnowałam z pracy w opiece i zdecydowałam się na wydanie drugiej (pożegnalnej) książki o moich wyjazdach do Niemiec. 😊

Czas na dobre zmiany!


Decyzja zapadła. Kończę z pracą w opiece nad osobami starszymi w Niemczech.

Co mi ta praca przyniosła? Świadomość, że pieniądze to nie wszystko. Nie wynagrodzą one straconego czasu. Żałuję, że tą decyzję podjęłam tak późno.

Dzięki tej pracy powstał mój blog, z którego nigdy nie zrezygnuję. Wydałam książkę Perły rzucone przed damy i pracuję nad kolejną, która ukaże się w październiku (w miesiącu moich 41 urodzin :-).

Co teraz?

Czas pokaże. Mam kilka pomysłów na dalsze życie. Zobaczymy, czy któryś z nich wypali. Może wszystkie odniosą sukces :-)))

Będę was informowała na bieżąco.

Polsko nadchodzę! ;-)






Radość z pracy w opiece nad osobami starszymi

Maiami

W związku z konkursem zgłosiła się do mnie w ostatniej chwili Maria. Do niej również trafi moja książka Perły rzucone przed damy.

Maria do listu dołączyła kilka zdjęć. Ujrzałam na nich radosną, zadowoloną kobietę. Miło wspomina ona swoją pracę i faktycznie była chyba wszędzie. Jak sama pisze, z powodu wieku wkrótce będzie pewnie musiała zrezygnować z pracy. W pierwszej chwili zazdrościłam jej. Nawet nie wiem czego. Chyba najbardziej odwagi. Następnie pomyślałam, jak jej życie będzie wyglądało na starość.

Życzę ci Mario, abyś miała z kim spędzić jesień swojego życia i abyś potrafiła odnaleźć się w nowej sytuacji.

Maria pod koniec listu zastanawia się, czy czasami nie będzie jej ciężko żyć bez podopiecznych. Obawiam się, że słusznie. Żyła ona może i dobrym życiem (uśmiech nie schodzi jej z twarzy), ale jednak nie swoim. Obawiam się, że brakuje jej prawdziwych relacji z ludźmi. Takich prywatnych. Może poczuć się samotna i niepotrzebna. Skoro jednak ma powołanie do tego, by pomagać innym, może to robić do końca swoich dni. Niekoniecznie zawodowo. Może to jest rozwiązanie dla niej?

Pomimo radosnych zdjęć, pięknych słów, braku użalania się nad sobą, to dla mnie bardzo smutna historia. To życie, które zostawia się za każdym razem, gdy nie jest się już potrzebnym. Potem trzeba zaczynać kolejne. No ale ja jestem inna. Chyba jakaś z księżyca 😉. Egoistyczna. Chcę żyć własnym życiem, a nie czyimś.

Witam Pani Basiu.

Pracuje bez żadnych przerw od roku 2000. Zaczynałam w Austrii i zawsze do tej samej rodzinki jeździłam do St.Polten koło Wiednia. Te osoby miały szczęście, że mnie na swej drodze spotkały. To jest jakby pewien etap w życiu, gdy jest przy Tobie ktoś, komu można się po latach otworzyć. Wyżalić, że poszukuje swej córki z którą nie ma kontaktu 20 lat. Poszła do jakieś sekty. Mam wrażenie że to ja jestem jej spowiednikiem. Znam jej życie exclusive. Kiedyś mieli swój wielki jacht i pływali z mężem. On odszedł i została sama. Potrzebna była nie tyle opiekunka, co przyjaciółka, kierowca. Ja też potrzebowałam troszkę luzu. Zwiedzania. Co tydzień obie do kosmetyczki, do fryzjera moja podopieczna. Jadłyśmy na mieście obiadki i trzy razy w tygodniu do kina na premiery najnowszych filmów. Dlaczego? Bo była zniżka dla osób starszych 55lat i już pół biletu. To nic, że z kina Wychodziłyśmy jako ostatnie i pani już troszkę wyspała się przy okazji. Za to ja zadowolona, bo mamy zaliczony film. Czułam się komuś potrzebna. Leki, wizyty u lekarza, dentysty na mojej głowie. Ja dumna z faktu że, zawsze jest przy mnie ta druga osoba. To nie jest ważne, w jakim stanie i wieku. Możemy wyjeżdżać podróżować po kraju. Na wczasy do jej letniej rezydencji na Miami Beach. Zawsze pół roku mieszkamy na Florydzie. Drugie pół roku w New Jersey Clifton. Wspaniali ludzie i miejsca. Nauczylam się czegoś nowego od każdej z tych osób. Spedzilam bez urlopu piękne 12 lat i wróciłam do Europy do Londynu w 2013 roku i córka zatrzymała mnie na pół roku w domu. Nic nie robię, maluje sobie obrazy z przeszłości, co dzień chodzę na siłownię i spacerki z pieskiem. Wspaniałe życie, lecz ja jakby mniej zadowolona. Długo nie wytrzymałam. Tęsknię za ludźmi, chcę spróbować sił w opiece. Znów zatrudniam się w agencji polskiej i jadę do Niemiec z Anglii. Dopiero teraz wiem, że różnica jest ogromna między Anglią, USA, Austrią, czy Niemcami. W Anglii był klient, który skończył 103 lata. Dosyć samodzielny, systematyczny i z dobrą pamiecią. Człowiek dystyngowany i ułożony.
Wróciłam z powrotem do niego i niestety zmarł w szpitalu klinicznym w Oxford.
Od razu szukam nowego miejsca. Wsiadam na prom do Europy po 30 godzinach jestem koło Luxemburga w Niemczech. Moja podopieczna ma 91 lat - demencja postępująca.

Pracujeję już dwa lata, w malutkiej górskiej miejscowosci. To jest to, co lubię. Przypuszczam, że nie długo muszę kończyć z tym. Mój wiek jest odpowiedni do odpoczynku. Może będzie mi ciężko bez tych ludzi żyć?

Pozdrawiam serdecznie Maria