Niemieckie obozy pracy dwudziestego pierwszego wieku, czyli co może zrobić opiekunka, jeśli nie ma pozwolenia na opuszczenie miejsca pracy?


Jeśli spodziewacie się tutaj niezwykłych mądrości, rozwiązań na problemy tysięcy opiekunek, zawiodę was. Jedyne, co może zrobić opiekunka w takiej sytuacji, to cmoknąć się w… czoło. 

Ostatnie zlecenie spędziłam u rodziny z tych ą, ę. Rodzina architektów, adwokatów i kur domowych, które polerują swoje sreberka i drogocenną porcelanę. Zostałam ulokowana w komórce na poddaszu, gdzie internet był tak słaby, że praktycznie korzystałam z własnego. Na miejscu dowiedziałam się, że moja poprzedniczka również 10 dni spędziła w tej komórce. Była tam dłużej, ale kilka lub kilkanaście dni podopieczna przebywała w Kurzzeitpflege. Przypuszczam więc, że do powrotu podopiecznej swobodnie poruszała się ona w mieszkaniu seniorki na parterze. 

Wracając do mnie. Firma ostrzegła mnie, że seniorka jest nieprzyjemna, niemiła itd. Dla mnie nic nowego. Stwierdziłam, że potrzeba czasu i ją oswoję. Niestety w obrażaniu, poniżaniu ludzi była mistrzynią. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, na ile obelg muszę pozwolić i czy podopieczna nie przekroczyła jeszcze granicy. Gdy szturchała mnie i popychała pierwszy raz, stwierdziłam, że jest to jeszcze dopuszczalne. Natomiast, gdy uderzyła mnie z całej siły bukietem kwiatów i wypchała z mieszkania, stwierdziłam, że granica została przekroczona. Zadzwoniłam do firmy, informując ich, że zostałam uderzona i wypchana z mieszkania i wypowiadam w trybie natychmiastowym, ale daję im czas na kontakt z rodziną. Firma nie dyskutowała, tylko chciała wypowiedzieć rodzinie umowę. W międzyczasie dogadałam się z dziećmi seniorki, że właśnie po wizycie u neurologa dostaje nowe tabletki i powinny one od razu zadziałać. Zostałam poproszona o zostanie przez weekend. Zapewniano mnie, że tabletki zadziałają, a jeśli nie zadziałają w poniedziałek oddadzą matkę do domu starców. 

W niedzielę rano podopieczna wyrwała mi z kieszeni klucz na tasiemce i mnie nim uderzyła, chwilę później okładała mnie w salonie szmatą, podczas, gdy ja nie mogłam opuścić jej mieszkania. Gotowałam akurat obiad i piekłam ciasto. Nagrałam film, jak dwa razy uderza mnie szmatą. Gdy przyszła jej córka, pokazałam film i oświadczyłam, że w związku z tym, zgodnie z umową, zjeżdżam w poniedziałek. Stwierdzono, że przecież nie mogę ich tak zostawić i spytano, czy poczekam, aż firma przyśle zmienniczkę. Odpowiedziałam, że nie zostanę w żadnym razie, a firma wie o zajściu i wątpię, by kogoś jeszcze przysłała w to miejsce. Poza tym umowa była inna. Tabletki miały zdziałać cuda, a jeśli nie, podopieczna miała trafić do domu starców. Padła decyzja, że faktycznie tak zrobią, bo trzeba ustawić jej tabletki i po godzinie 9.00 rano w poniedziałek mieli się skontaktować z domem starców, a potem dać mi znać, kiedy mogę zjechać. Na pytanie, czy mają jakiś plan awaryjny, gdy w domu starców nie będzie miejsca, usłyszałam, że nie, ale syn, pan adwokat, był pewien, że miejsce będzie, bo ma dobre kontakty z tym domem starców z niewiadomych mi przyczyn. 

W poniedziałek rano okazało się, że nie ma wolnego miejsca. Próbowano załatwić Kurzzeitpflege. Gdy nic nie wypaliło, zapytano mnie ponownie, czy mogę zostać kilka kolejnych dni. Dostałam nawet propozycję większego pokoju. Podziękowałam, oświadczając, że większy pokój nic nie zmieni, bo nie zamierzam siedzieć w mieszkaniu u ich matki i dać się bić, a w pokoju, który mi oferują nie ma internetu, dostępu do kuchni, czy do łazienki. Poza tym fakt, że ja dla ich czystego sumienia, że zapewnili matce odpowiednią opiekę, będę siedziała na górze, a ona na dole, mija się z celem, gdyż to nie jest opieka. Wówczas poproszono mnie, bym została do godziny 12.30. wtedy to miała mnie zwolnić dochodząca opiekunka. 

Gdy przyszła opiekunka, usłyszałam, że przecież nie mogę tak zostawić tej rodziny, bo oni nie znaleźli miejsca w domu starców dla seniorki. Odpowiedziałam, że to jest problem ich, a nie mój. W odpowiedzi usłyszałam, że ona nie wie, jak jest u nas, ale u nich tak nie wolno. W odwecie rzekłam, że nie ma znaczenia, jak jest u nas, ale u nich nikt nie ma obowiązku pozwalać bić się przez agresywną, chorą na demencję podopieczną i być zmuszanym, by zostać w takim miejscu pracy. Niby według umowy ustnej z Niemiaszkami mogłam już zjechać, ale firma prosiła mnie o cierpliwość. Wysłali rodzinie wypowiedzenie i czekali na potwierdzenie, że rodzina je otrzymała. 

Postanowiłam zrobić zakupy na drogę w pobliskim sklepie. Stojąc przy ladzie, otrzymałam telefon od syna podopiecznej. Człowiek informował mnie, że nie mogę opuścić miejsca pracy. W tym momencie wszelka dalsza rozmowa, wychodzenie im naprzeciw nie miały dla mnie już najmniejszego sensu. Rzekłam, że jeśli chce ze mną rozmawiać w ten sposób, to sprawę załatwimy inaczej i ja dzwonię na policję, z informacją, że jego matka kilkakrotnie mnie uderzyła, a oni naciskają, bym dalej się nią opiekowała. Powiedziałam, że za dziesięć minut jestem pod domem. Faktycznie zadzwoniłam na policję i spytałam, co w takiej sytuacji mogę zrobić. Dowiedziałam się, że mogę złożyć donos (Anzeige – nie wiem, czy dobrze tłumaczę) na podopieczną o pobicie. Natomiast on nie może mi dać gwarancji, że w Polsce nie poniosę żadnej konsekwencji w związku z opuszczeniem miejsca pracy np. niewypłacenie pensji. Dodał jednak, że nie sądzi, by jakikolwiek sąd na świecie uznał, że miałam obowiązek zostać w miejscu pracy, gdzie kobieta mnie biła. 

Postanowiłam zrezygnować z Anzeige, gdyż jego zdaniem sprawa najprawdopodobniej została by umorzona, ze względu na to, że podopieczna jest demencyjna. Napisałam do Niemiaszka, że rezygnuję z Anzeige przeciwko jego matce i zjeżdżam do Polski, a fakt, że próbowali mnie zmusić, bym została ze seniorką, uważam za nieludzki. W odpowiedzi otrzymałam wiadomość, że oczywiście on nie może mnie zmusić, żebym została, ale on zorientuje się, czy może domagać się ze strony mojego pracodawcy odszkodowania w związku z tym, że opuściłam miejsce pracy. Jednym słowem on nie może mnie zmusić, ale moja firma, z kraju, gdzie ulicami chodzą niedźwiedzie chyba jego zdaniem powinna była mnie zmusić do tego, bym nadal tam siedziała na wieży, udając, że seniorka ma zapewnioną opiekę i żyjąc, jak zwierzę. 

Firma zapewniła mnie, że z ich strony nie grożą mi żadne nieprzyjemności i że czekali tylko na potwierdzenie ze strony rodziny, że otrzymali wypowiedzenie. 

Ja natomiast zastanawiam się, czy zostawić Niemiaszka w spokoju. Z jednej strony niepotrzebna mi burza. Źle znoszę stres. Z drugiej strony czuję, że nie mogę tego tak zostawić. Co oni sobie myślą? Że są bogami? Nigdy wcześniej tego nie robiłam, bo uważam, że fakt, że ja nie dogadałam się z podopieczną lub z jej rodziną, nie znaczy, że takie zlecenie nie jest dobre dla innych. Dzisiaj zrobię wyjątek. Uważajcie na zlecenie w Herford u podopiecznej z psem. Może opiekunki będą szukali na już, a może dopiero za miesiąc, po ustawieniu tabletek. Śmiem wątpić, czy tabletki pomogą podopiecznej. Natomiast zachowanie rodziny jest niedopuszczalne. A to są przecież zdrowi ludzie.