Opiekunka poszukiwana…


Większość z was pewnie jest w temacie. Zmęczona zleceniem po ponad czterech miesiącach zaczęłam szukać nowego. Ciężko było mi się do tego zabrać. Z doświadczenia wiem, że szukanie pracy jest ciężką pracą. Planowałam zdać się na dwie sprawdzone firmy. Ponieważ jednak szukam zlecenia, które będzie spełniać wiele kryteriów, w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że muszę rozszerzyć krąg poszukiwań. Aplikowałam do około dwudziestu firm, których reklamy pojawiają się na moim blogu. 

W pierwszej chwili byłam bardzo zniechęcona. Zniechęcona głównie podejściem do opiekunki. Miałam wrażenie, że rozmawiam z automatami. Ze znudzonymi paniami z biura, z nastawieniem, że dzwoni kolejna (jedna z setki tysięcy), która szuka pracy. Kolejna, która chce zarabiać, a zarazem kolejna, która niewiele potrafi. Na moją odpowiedź, że mówię bardzo dobrze po niemiecku, słyszałam, że muszą to sprawdzić. Jak wyglądało owo sprawdzanie znajomości języka? Dzwoniła pani i pytała jak się nazywam, gdzie mieszkam i co wczoraj jadłam na obiad. Dla mnie to farsa. Po czym słyszałam, że mówię dobrze po niemiecku. W duchu sobie pomyślałam, że raczej bardzo dobrze i ciekawa byłam, czy to „dobrze” nie zaważy czasami na wysokości mojej pensji. A wystarczyłoby zerknąć w mój życiorys, który za każdym razem dołączałam do referencji i wypełnionych formularzy, by się dowiedzieć, że język faktycznie muszę znać dobrze i sprawdzić jego znajomość tak, jak należy, nie ośmieszając się. 

W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że ja również tak, jak panie w biurze, przystąpiłam do tych poszukiwań, jak jakiś pieprz… robot. W myśl zasady „nie chcę, ale muszę”. Postanowiłam się do nich bardziej przyłożyć. I muszę stwierdzić, że moje poszukiwania z deprymujących zamieniły się w zabawne. Aczkolwiek pierwsza pozytywna reakcja mnie rozzłościła. Rozmawiałam sobie bardzo miło z rekruterką. Na koniec usłyszałam, że była to bardzo interesująca rozmowa. Powiedzmy, że była to firma Perfekcja. Ponieważ rozmowa różniła się od poprzednich, stwierdziłam, że mogę liczyć na zlecenie z tej firmy. Oczywiście jeśli znajdą coś, co mnie zainteresuje. Faktycznie. Kolejnego dnia nie zdążyłam odebrać od nich telefonu. Oddzwoniłam. Gdy skończyłam rozmowę, przez chwilkę mignęło mi, że ponownie do mnie dzwonią. Pomyślałam, że to jakieś automatyczne wybieranie numeru. Przecież przed chwilką z nimi rozmawiałam. Okazało się jednak, że to był zupełnie świadomie wykonany telefon. 

Gdy odebrałam kolejne połączenie, przedstawiła mi się sama szefowa. Powiedziała, że dziewczyny jej o mnie opowiadały i ona chciałaby się czegoś o mnie dowiedzieć. Pani nie miała z pewnością nic złego na myśli. Natomiast mnie takie zachowanie ogromnie zdenerwowało. Wysłałam formularz, referencje i cv. Przecież takie informacje są wystarczające, by znaleźć odpowiednie zlecenie. Przed oczyma miałam obraz opiekunek. Obraz namalowany oczyma pań z biura: banda roszczeniowych opiekunek, ani bee, ani mee, ani kukuryku.  A tu nagle jakaś wyszła poza standardowe rozmowy - o tym jak się nazywa i co gotuje i dzwoni aż sama szefowa, by się o niej czegoś dowiedzieć. Nie czułam się zaszczycona. Czułam się wręcz oburzona. Oburzona, że opiekunki są traktowane, jak hołota. Gdy jakieś uda się wyjść poza standardową rozmowę i pokazać cząstkę siebie, nagle robi się wokół niej tyle szumu. A przecież wiele kobiet pracujących w opiece jest niezwykle wartościowa. Wierzę w to, że wiele ma interesujące hobby, zdolności, ciekawe wyuczone zawody. Tym czasem nikt nie próbuje dostrzec tego w tych osobach. Liczy się jedynie to, czy potrafi powiedzieć po niemiecku, jak się nazywa i co jadła na obiad. Nigdy nie ukrywałam, że moim zdaniem język niemiecki jest niezwykle ważny w tej pracy. Ale po pierwsze, czy po takich pytaniach można faktycznie określić znajomość języka? Po drugie, czy poza językiem naprawdę już nic więcej się nie liczy. Opiórkałam trochę panią, stwierdzając, że jestem właśnie w pracy i nie wiem, co jeszcze miałabym o sobie powiedzieć. Może trochę niesprawiedliwie. Z jednej strony fajnie, że ktoś dostrzegł we mnie pracownika, którego warto zatrzymać. Z drugiej strony podchodzę z ogromnym dystansem do firm, które zachowują się, jakby złapały Pana Boga za nogi. Chyba nie ma bardziej niepewnej pracy, niż praca w opiece. Warunki zatrudnienia są nieprzejrzyste. W sumie niezgodne z prawem. Miejsca nie są ustawione. Do tego trafiając do podopiecznych, z dnia na dzień możemy się dowiedzieć, że nie jesteśmy już potrzebni. Może on zachorować i trafić do szpitala lub do domu seniora, umrzeć, zmienić firmę, zmienić opiekunkę. Już od dawna nie trzymam się więc na siłę jednej firmy. Jeśli chodzi o zlecenia też staram się być w miarę możliwości otwarta. Jestem świadoma, że takich zleceń, jakich szukam jest niewiele. Jeśli więc jest mała niezgodność, nie zawsze oznacza to, że odrzucę zlecenie. Dlatego zdenerwowało mnie podejście tej pani, która zapytała, czy chcę wyjechać z nimi na dwa miesiące, czy może na dłużej. Dlaczego my opiekunki mamy czuć się zobowiązane pracować z kimś na stałe? Nie szukam męża na całe życie. Szukam pracy, by zarobić pieniądze. Nawet nie szukam jej dlatego, że czuję się powołana do niesienia pomocy innym. Skąd więc podejście, że ma to być coś na śmierć i życie? Nam nikt nie daje gwarancji zatrudnienia na dobrych warunkach. Dlaczego oczekuje się takiej gwarancji od nas? 

Po tej rozmowie ochłonęłam. Przetłumaczyłam sobie, że nie mogę reagować tak agresywnie. No i trafiła się kolejna rozmowa z firmą, gdzie pani rozmawiała ze mną znudzona i na koniec stwierdziła, że język znam dobrze. Po raz któryś z rzędu pomyślałam sobie „ku.. dobrze”. Jak tu zabłysnąć, gdy pytają cię o imię, nazwisko i co jadłaś wczoraj na obiad”. Postanowiłam jednak nie dyskutować. Ważniejsza jest dla mnie równowaga wewnętrzna. W odpowiedzi na rozmowę wysłałam ponownie formularz, referencje i cv. Pięć minut później telefon. Sam szef dzwonił. I znowu pytania do… Firma z Wrocławia. Z mojego miasta. Pan bardzo miły i grzeczny. Ja po pierwszej rozmowie tego typu z panią z Perfekcja tym razem nie jestem już agresywna. Raczej rozbawiona. Doskonale pamiętam rozmowę ze znudzoną panią z tej samej firmy pięć minut wcześniej. Jest mi raczej wszystko jedno. Stwierdzam, że pracy to ja już chyba nie znajdę i myślę, czy jednak nie wrócić do mojej starej firmy i pracować o te 100 euro mniej, którego w firmie nie byłam w stanie wytargować. Każdą kolejną odpowiedzią raczej szokuję pana. Pan jednak zdaje się nie poddawać. Na koniec słyszy więc jeszcze bardzo niepoważne stwierdzenie, że kobieta, którą się zajmę ma mieć poniżej 85 lat. Przepraszam. To było przedostatnie stwierdzenie. Ostatnie to było, że szukam zlecenia na pierwszego września. Pan chcąc się upewnić, powtórzył, że od pierwszego września. Poprawiłam go, mówiąc, że na pierwszego września dokładnie, co do dnia. Tylko i wyłącznie na pierwszego września. Ponieważ jednak poczułam do niego ogromną sympatię, na skutek spokoju, jakim się odznaczał dostając po głowie moimi śmiesznymi kryteriami, dodałam, że jeśli znajdzie mi dokładnie takie zlecenie, o jakim mówiłam, jestem w stanie zaakceptować tydzień poślizgu. kolejnego dnia faktycznie zadzwoniono do mnie z ofertą. Niestety kwota na jedzenie na tydzień na dwie osoby wynosiła tam 70 euro. Wytłumaczyłam, ile się należy na jedzenie i podziękowałam. Ale firmy nie przekreśliłam. Aczkolwiek chyba powinnam. No ale ten miły pan ;-) 

Do trzech razy szuka. Trzeci z telefonów z kategorii „złapałam Pana Boga za nogi” miał miejsce tego samego dnia. Rozmowa prowadzona przez polskie biuro – standardowa, nudna, nic nie znacząca. Pytanie, czy może zadzwonić ktoś sprawdzić mój język. Zgoda z mojej strony i telefon z Niemiec. I znowu pytanie, jak się nazywam, skąd jestem, ile mam lat – mam się przedstawić. Odpowiadam z automatu. Mówię za szybko. Poproszona o powtórzenie zdaję sobie sprawę, że popadłam w rutynę. Przepraszam panią. Tłumaczę po niemiecku, że przedstawiam się już setny raz tego dnia, ale skoro trzeba przebrnąć przez te wszystkie rozmowy to trudno. Prowadzę monolog próbując, jak najwięcej o sobie powiedzieć. W  pewnym momencie pani wchodzi mi w zdanie i pyta, czy wiem, że dobrze mówię po niemiecku. Proszę o powtórzenie pytania. Nie jestem pewna, czy to stwierdzenie, czy ironia. Odpowiadam, że ja wiem. Pytanie, jak przekonać o tym firmę, odpowiadając na pytania, jak się nazywam, ile mam lat i co jadłam na obiad. 

Rozmawiamy, rozmawiamy i pani mówi: „muszę panią mieć”. Znowu wydaje mi się, że coś źle zrozumiałam. Ponownie słyszę, że musi mnie mieć. Postanowiłam jednak agresje schować do kieszeni i odbieram to jako komplement. W duchu myślę sobie: „Do czego to doszło? Jesteśmy jak przedmioty. Do wyboru, do koloru. Można nas zatrzymać na zawsze, sporządzając taką umowę, że przeciętna opiekunka będzie bała się odejść od firmy, można nas mieć… Można nas lekceważyć lub wręcz przeciwnie – traktować jak rodzynka. I to wszystko w przeciągu kilku godzin. Naprawdę. Tak z ręką na sercu wszystkie te rozmowy miały miejsce jednego dnia. 

W końcu wyjeżdżam z panią, która „musi mnie mieć”. Poza tym stwierdzeniem, mówiła bardzo z sensem. Myślę, że jak „będzie mnie miała”, będzie o mnie dbała, jak o dobrego konia wyścigowego. Koordynator marzenie. 


Wnioski na przyszłość? Rady dla innych opiekunek? Zbierajcie referencje. Moje naprawdę nie są nadzwyczajne, ale czynią cuda. Wzór referencji znajdziecie na stronie: http://kasiaperla.blogspot.com/2018/08/wzor-referencji.html. Próbujcie wyjść poza standardowe rozmowy. Pokażcie kim jesteście. Że nie jesteście kolejną, nic nie potrafiącą, roszczeniową opiekunką, ale że jesteście wartościowym człowiekiem. I najważniejsze – bądźcie cierpliwi. Być może minie trochę czasu, gdy ktoś dojrzy w was takiego rodzynka, być może wielokrotnie zostaniecie zlekceważone, być może wasze życzenia odnośnie pracy będą określane jako nierealne. Nie zrażajcie się tym. Skoro my jesteśmy klaczą, której patrzy się w zęby, ocenia się, jakby się kupowało towar w sklepie na półkach i chce się nas mieć, to dlaczego my nie mamy patrzeć na firmy, jak na takie klacze, które szukają niani do swoich źrebaków? Zaglądajmy im w zęby, zaglądajmy w zęby ich źrebakom. Przebierajmy. Przebierajmy tak długo, jak długo w tej branży będzie taki bajzel. 

Jak wyrzuciłam córkę podopiecznej do kontenera na śmieci z odpadami biologicznymi


Milczę ostatnio na blogu. Trochę pochłonęły mnie inne sprawy, jak szukanie nowego zlecenia, no i na koniec przyczepiło się jeszcze choróbsko. Z ważniejszych wydarzeń opiszę wam, jak wyrzuciłam córkę podopiecznej do kosza z odpadami biologicznymi. Jak dałam radę? Czy się nie broniła? Jakie poniosłam konsekwencje? 😉 Dowiecie się zaraz. 
Zdarzenie miało miejsce w piątek. Jak zwykle na weekend przyjeżdża do nas jedno z piątki dzieci Eleonory i Harry’ego. Nie, tym razem nie przyjechała córka, tylko jeden z synów. Ku mojej radości ten bardziej kumaty. Nie byłam pewna, czy zjawi się w piątek, czy w sobotę. Toteż, gdy chwilkę po obiedzie usłyszałam dźwięk dzwonka przy drzwiach, nawet nie drgnęłam. Pomyślałam, że ktokolwiek to jest i tak Harry pierwszy będzie przy drzwiach. Zdziwiłam się, gdy chwilkę później na korytarzu nadal panowała cisza i nie dochodziły mnie najmniejsze dźwięki. Wyglądnęłam na schody i spytałam, czy ktoś dzwonił do drzwi. Nikt się nie odezwał. Wróciłam do pokoju. Pomyślałam, że najwyraźniej towarzystwo śpi, a dzwonek, który słyszałam był u sąsiadów. Dla pewności zaglądnęłam przez okno, z którego widzę krzaki osłaniające nasze drzwi wejściowe. Nikogo nie widziałam. Rzuciłam na wiatr pytanie „czy ktoś tam jest?”. Ku mojemu zaskoczeniu, zza gałęzi wychylił się syn podopiecznych. Rzekł do mnie, że nie ma problemu, bo ona ma klucz, tylko zdziwił się, że mu nikt nie otwiera. Odpowiedziałam, że skoro już jest, to przecież zejdę. 
Migiem znalazłam się na parterze zastanawiając się, co się dzieje z moimi skrzatami. Przywitałam się z ich synem i oboje ruszyliśmy w poszukiwaniu staruszków. W salonie ich nie było. W dobrym humorze weszliśmy do kuchni. Na przodzie szedł syn. Odwrócił się do mnie i niczego nie świadomy stwierdził, że jego rodzice są w kuchni. Ja również niczego nieświadoma wyskoczyłam mu zza pleców… 
A tu nagle niespodzianka. Eleonora trzymała trzy zwiędłe kwiatuszki w dłoni, cała się trzęsła. Nawet nie przywitała się z synem, tylko w jakimś ataku wściekłości krzyczała do mnie, jak mogłam wyrzucić te piękne kwiaty. Spojrzałam na uschnięte i zjedzone przez robaki kwiatki w jej drobnych, starych dłoniach i w pierwszej kolejności zachciało mi się śmiać. Kobieta jednak dostała takiego ataku histerii, że stwierdziłam, że sprawa jest poważna. Kwiatki faktycznie wywaliłam. I rzeczywiście zrobiłam to pod nieobecność Eleonory, wiedząc, że gdy spytam, czy mogę je wyrzucić, to ona się na to nie zgodzi. Jedne stały w dzbanku na stole już tydzień. Z wazonu śmierdziało szambem, a kwiatki były uschnięte. Podopieczna jednak męczy je średnio jakieś dwa tygodnie, przycina, ucina, przekłada i spogląda na nie mówiąc, że są piękne. Kwiatki przywiozła córka. Drugie stały na tarasie już ponad miesiąc. Uschły, a właściwie obsiadło je jakieś robactwo i zjadło płatki. Zostały tylko zielone łodygi. Przy czym liście pokryte były jakąś klejącą substancją. Przygotowując dom na przyjazd zmienniczki, skorzystałam z okazji, że małżeństwo poszło na targ, pozamiatałam cały taras i wyrzuciłam zawartość donicy. Byłam dumna z siebie, że po czterech miesiącach odważyłam się na ten czyn i że zmienniczce przyjemniej będzie, gdy zastanie sprzątnięty taras. Czegoś takiego się nie spodziewałam. Przez całe lato podopieczna ani razu nie siedziała na tarasie. Gdy raz ja usiadłam i rozmawiałam z moją mamą przed telefon, przyszedł Harry i nakazał, żebym poszła rozmawiać do swojego pokoju. Nie spodziewałam się więc, że brak donicy z kwiatami w ogóle ktoś zauważy. Do wazonu w jadalni włożyłam piękny bukiet kwiatów, które zerwałam w ogródku, aby podopiecznej łatwiej było znieść utratę kwiatów od córki. A tu taka akcja. 
Nie wiem, kto był bardziej zdziwiony. Ja, czy syn Eleonory. Patrząc na trzęsącą się z wściekłości podopieczną, postanowiłam nie wdawać się niepotrzebnie w dyskusję. Dobry humor od razu mnie opuścił. Skorzystałam z okazji i powiedziałam, że właśnie tak wygląda praca tutaj. Mianowicie nic nie można zrobić. Po czterech miesiącach pierwszy raz posprzątałam taras, żeby opiekunka zastała dom w miarę posprzątany, a tu taka akcja. Oświadczyłam, że jednak pójdę do góry. Syn podopiecznej powiedział, że mam rację i faktycznie, żebym lepiej poszła do góry. Wściekła odwróciłam się i skierowałam się ku schodom. Odchodząc usłyszałam słowa Eleonory: „przecież te kwiaty są takie piękne, one są od mojej córki”. 
Wtedy zdałam sobie sprawę, że faktycznie jestem potworem. Ja nie wyrzuciłam kwiatków do kosza. W oczach Eleonory wyrzuciłam jej własną córkę. Zrozumiałam dlaczego tygodniami znosimy śmierdzący wazon z kwiatami na stole. To nie chodzi o nie. O to, czy są piękne, świeże czy nie. Ale o to, od kogo Eleonora je dostała. 
Kto by pomyślał, że taka zimna kobieta, jaką jest podopieczna, przywiązuję taką wagę, do drobnostek przywożonych przez dzieci. Do tej pory miałam wrażenie, że ona bardziej kocha przedmioty, niż ludzi. Dla ludzi, w tym również własnych dzieci, bywa oschła, nieprzyjemna, niezwykle krytyczna. Rozmowy są raczej oziębłe, takie o niczym, o niczym ludzkim. Bardziej o miejscach, o książkach, o wydarzeniach. Nie ma w nich słów „tęskniłam”, „miło, że jesteś”, „kiedy znowu przyjedziesz”, „jak się czujesz”. Tymczasem ta oziębła, oschła, nieprzyjemna kobieta ma jednak serce. Serce, które się nie narzuca, a które pielęgnuje związki, poprzez pielęgnacje przedmiotów, które z nimi kojarzy. Obrazu Eleonory z trzema uschniętymi, zjedzonymi przez robaki kwiatuszkami w dłoni nigdy nie zapomnę. 
Słysząc słowa, że one były takie piękne i były to kwiaty od jej córki, zrozumiałam, że to nie była złość, ani wściekłość. To była rozpacz kobiety. Rozpacz człowieka, który tęskni za dziećmi, a który nie chce im się narzucać, który za nimi tęskni, a jednocześnie chce pozwolić im żyć własnym życiem. Nie raz słyszałam, jak tłumaczyła, że ktoś nie ma czasu przyjechać. Myślałam sobie, że to nie chodzi o czas, tylko o chęci. Jeśli ma się czas na urlop, to i znalazł by się czas na matkę. Przecież wszyscy pracują w takim systemie, że mają wolne weekendy. Czas się zawsze znajdzie. Jednak ona tak bardzo ich kocha, że woli, żeby odpoczywali, dobrze się bawili, niż tracili czas na starych rodziców. Z jednej strony jest to piękne. Z drugiej strony tragiczne. 
Wydarzenie z mojego punktu widzenia było korzystne. Syn był świadkiem całej afery. Zdziwił się i oświadczył, że myślał, że jest już wszystko ok. Doszło więc do kolejnej poważnej rozmowy, jak ciężko pracuje się z jego rodzicami i uświadamianie, że pomimo, że podopieczna jest we swoim królestwie, to opiekunka też musi mieć pewną swobodę w wykonywaniu obowiązków. Tymczasem jestem tu więźniem starszego małżeństwa. Nie mam im tego za złe. Na większości nowych zleceń jest zawsze ten sam problem i poinformowałam o tym syna Eleonory, żeby nie myślał, że jego matka jest jedynym w swoim rodzaju potworem. Jednocześnie jednak zaznaczyłam, że nigdzie jeszcze nie spotkałam się, by na zaakceptowanie opiekunki potrzeba było aż tyle czasu. Ponad pół roku już minęło, odkąd Eleonora i Harry mają opiekunkę. A postępy są naprawdę niewielkie. Nie mam pojęcia z czego to wynika. Czasami myślę, że to dlatego, że ich dzieci są przekonani, że to tylko oni mają tak trudnych rodziców i nie chcą za bardzo ingerować. Tymczasem dla każdego człowieka obcy człowiek w domu jest problemem. To, że się tu o tym od początku nie mówiło jest chyba przyczyną, że ten problem jeszcze nie zniknął.  

Tönisvorst

Co wam powiem, to wam powiem, ale mózg mi wysiada. Normalnie do niczego się nie nadaję. o godzinie 15. 30 zwlekłam się w łóżka i pojechałam do Toenisvorst. Gdyby nie blog to bym pewnie została w domu. Hmmm nie, chyba jednak bym z niego uciekła, by uniknąć wspólnej kawy z ciasteczkiem i kolacji z moimi podopiecznymi. Czy mieliście kiedyś tak, że dalej po prostu nie możecie? Ja tak mam od kilku dni. Pierwszy raz od czterech lat po prostu nie mogę dalej i najchętniej przespałabym ten tydzień i obudziła się dopiero w dzień wyjazdu. Podopieczna wyjątkowo miła. Nawet podopieczny dzisiaj przy obiedzie powiedział, że mogę jeść i nie muszę czekać na jego żonę, która zawsze, gdy ja podaję do stołu gdzieś znika. Ale mi już nic nie pomoże. Straciłam serce do tego zlecenia. Za duże ubezwłasnowolnienie opiekunki. Jedyne co mam to mój laptopik, na którym piszę bloga i mój fordzik, którym uciekam na wycieczki. Poza tym to jedynie cela w postaci mojego pokoju, z której wychodzę od czasu do czasu, by sklecić na prędce posiłek. Ach.

Windmühle
młyn

Haus Neersdonk

Dzikie kaczki

Haus Donk

Brunnen vor der St. Godehard Kirche
Fontanna przed kościołem św. Godehard


Kreuzwegstation
Stacja drogi krzyżowej

Bronze Glocke, ev. Kirche in Hülser Strasse
Bronze Glocke im Glockenturm

Ev. Kiirche

love is in the air


 Friedhof am Westring

Friedhof am Westring

Friedhof am Westring

Friedhof am Westring

Fassade
Fasada

Fassade
Fasada


Brunnen, im Hintergrund Denkmal für Jakob und Franz Seulen
Kolumny ku pamięci Jakoba i Franza Seulen

Denkmal oder Grabstein von Fran und Jakob Seulen
Pomnik lub mogiła Jakoba i Franza Seulen

Tönisvorst Zentrum
Centrum

Big apple

Brunnen am Ringstr.
Fontanna

Rathaus

Rathaus

Grafiti

Wasserturm
           Wieża ciśnień

St. Martin "Teilen und Helfen" von Loni Kreuder, im Hintergrund Kirche St. Cornelius
Św. Marcin " Dzielić i pomagać", w tle kościół św. Korneliusza

St. Martin "Teilen und Helfen" von Leoni Kreuder
Św. Marcin "Dzielić i pomagać"

St. Martin "Dzielić i pomagać"

Kirche St. Cornelius
Kościół św. Korneliusza

Kirche St. Cornelius
Kościół św. Korneliusza

Kirche St. Cornelius
Kościół św. Korneliusza

Kirche St. Cornelius
Kościół św. Korneliusza

Kirche St. Cornelius
Kościół św. Korneliusza

Kirche St. Cornelius
Kościół św. Korneliusza

Kirche St. Cornelius
Kościół św. Korneliusza

Kirche St. Cornelius
Kościół św. Korneliusza

Kirche St. Kornelius
Kościół św. Korneliusza

Wzór referencji

Szukam właśnie pracy i potwierdza się, że Niemiaszki kochają referencje. Agencje chyba jeszcze bardziej. O tym, jak wyglądają moje poszukiwania, opowiem innym razem. Ciężko było mi się do nich zabrać. Pierw stwierdziłam, że to bardzo deprymujące. Obecnie na przemian dołujące, denerwujące, zabawne i podnoszące na duchu. Momentami odnoszę wrażenie, że robię sobie z ludzi jaja, mówiąc czego szukam. A nowe Stelle potrzebne już na dniach. A wy macie referencje ze zleceń?


Meerbusch - Büderich

To była chyba najdłuższa podróż na tym zleceniu. Nie mogłam znaleźć adresów i stwierdziłam, że na miejscu wszystko znajdę, bo to mała miejscowość. Okazało się, że jednak nie taka mała. Błądziłam jak szalona krowa. Wróciłam o 21.00 do domu. Podopieczna stwierdziła, że się o mnie martwiła.


Mahnmal fuer die Opfer der nationalsozialistischen Gewaltherrschaft von Bildhauer Peter Ruebsam
Pomnik ku przestrodze, ku pamięci ofiar nazistowskiej władzy rzeźbiarza Petera Ruebsam

Teehaeusschen Haus Meer

Altes Rathaus 
Stary ratusz

Kirche St. Mauritius
Kościół św. Mauritiusa

Kirche St. Mauritius
Kościół św. Mauritiusa

Kirche St. Mauritius
Kościół św. Mauritiusa

Kirche St. Mauritius
Kościół św. Mauritiusa

Skulptur Joseph mit dem Kinde von Karl Matthaeus Winter
Rzeźba Józef z dzieckiem

Skulptur Windsbraut von Kurt Link
Rzeźba Oblubienica wiatru
Bank von Erwin Heerich
ławka

Sitzender Juengling von Lenore Gerber Sporleder
Siedzący młokos

Alter Kirchturm
Stara wieża kościelna

Alter Kirchturm, Mahnmal fuer die Verstorbenen der beiden Weltkriege von Joseph Beuys - Tuer mit den Namen der Toten
Stara wieża kościelna, Pomnik ku przestrodze Wojen Światowych, drzwi z imionami poległych

Kreuzstation
Stacja drogi krzyżowej

Brunnen am Landsknecht
Fontanna przy pałacu "Landsknecht"

Tak mieszka szlachta ;-)

Tak mieszka pospólstwo ;-)))

Drzewo z pomieszanymi zmysłami
Skulpturenfeld am Apelter Weg
Pole z Rzeźbami przy Apelter Weg (dosłownie na polu były te rzeźby)

Skulpturenfeld am Apelter Weg

Skulpturefeld am Apelter Weg

Skulpturefeld am Apelter Weg

Skulpturenfeld am Apelter Weg

Skulpturenfeld am Apelter Weg

Skulpturenfeld am Apelter Weg

Skulpturenfeld am Apelter Weg

Skulpturenfeld am Apelter Weg

Skulpturenfeld am Apelter Weg

Skulpturenfeld am Apelter Weg

Skulpturenfeld am Apelter Weg

Skulpturenfeld am Apelter Weg