Polecany post

Kalendarz adwentowy (Adventskalender) - nagrody za komentarze

Chyba nie muszę nikomu wyjaśniać, co to jest kalendarz adwentowy. Ma on umilić i skrócić czas oczekiwania na Boże Narodzenie. Sam pomysł po...

Kąt widzenia zależy od czasu przedłużenia


Przyszedł weekend. Wraz z nim pojawił się jeden z czwórki synów moich podopiecznych. Na wstępie podziękował mi, że przedłużyłam mój pobyt u jego rodziców o kolejne dwa miesiące. Odpowiedziałam, że nie ma sprawy. Nie po to męczyłam dwa (bardzo ciężkie miesiące) by teraz, gdy jest lepiej, zmieniać miejsce pracy na nowe. 
Ku mojemu zdziwieniu to już drugi syn, który nagle szukał ze mną kontaktu. Dwa pierwsze miesiące były dla mnie ciężkie. Nie tylko z powodu trudnych podopiecznych, ich chorób, nawyków oraz podejścia do opiekunki, której notabene nie chcieli ale również z powodu podejścia ich dzieci do mojej osoby. Wyczuwałam ogromny dystans. Czułam się jak idiotka. W pewnym momencie próbowano mnie nawet pouczać w pewnej sprawie, że niby zachowałam się niestosownie. Oburzona odparłam atak. Nie może być, żebym to wszystko sobie wmawiała. Raczej potrafię obiektywnie ocenić sytuację. W momencie, gdy dzieci podopiecznych pojawiały się na horyzoncie, niejednokrotnie targały mną ogromne negatywne emocje. Nie szukano rozmowy ze mną. A tu nagle padają pytania, jak się pracuje, jacy są ich rodzice, jak się zachowują, czy wszystko jest w porządku. Nie wiadomo skąd (miałam wrażenie, że nikt mnie nie słucha) wiedzą, że ich rodzice kręcą się bez celu po domu przestawiając cały swój dobytek z jednego miejsca w inne. Zrobiono zakupy. Wręcz wyciągnięto ze mnie siłą, co trzeba kupić. Dodatkowa gotówka została wręczona. Podopieczna też nagle potrafi wyjść na targ i wrócić z torbą pełną rozmaitych potrzebnych produktów. Nie kupuje już tylko jabłek i ziemniaków. Są różnego rodzaju ciasta, chleby, ryby w ilościach, które boję się im podawać, truskawki, musowo warzywa, o których wcześniej sprawiała wrażenie, jakby nie miała pojęcia. Zaczynam się zastanawiać, co stało się z jej demencją. 
Myślę sobie: „o co chodziło z tym całym złym startem na kolejnym nowym zleceniu? Po co były moje nerwy?”. Momentami naprawdę myślałam, że nie mam siły ale i ochoty walczyć o to zlecenie. W pewnej chwili oświadczyłam nawet firmie, że zjeżdżam. To zasługa koordynatorki, że postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Nie mam pojęcia, jak przebiegała jej rozmowa z rodziną. Temat, który mnie bolał poruszyłam jeszcze zanim ona zdążyła się z nimi skontaktować. Nie mniej jednak jej postawa dała mi odrobinę czasu. Czasu, który był potrzebny by  było lepiej. Porównując nastawienie zarówno podopiecznych jak i ich dzieci dziś a ich stosunek do mnie jeszcze przed dwoma tygodniami to niebo a ziemia. 
Skąd ta nagła zmiana? Czy Niemcy potrzebują więcej czasu, by zaakceptować drugiego człowieka? Czy być może mają nas za sępów, które wpadają na chwilkę, by coś skubnąć i uciec z powrotem do swojego gniazda. Na zleceniu u Sofjencji spotkałam się z podobnym traktowaniem. Na początku słowa, że nie dam rady i ogromny dystans. Gdy wróciłam drugi raz, trzeci, gdy nagle przesiedziałam na zleceniu pięć miesięcy w jednym ciągu, również odczułam ogromną zmianę w traktowaniu mnie przez rodzinę podopiecznej. Czy my naprawdę musimy dwa miesiące, pół roku udowadniać, że nie jesteśmy pasożytami? Czy musimy wracać na Stelle wielokrotnie, by zrozumiano, że myślimy poważnie o pracy opiekunki? 
Życie podopiecznych jest bardzo kruche. Nasze życie jest nieprzewidywalne. Żyjemy między dwoma światami. Światami oddzielonymi tysiącem kilometrów. W jednym z nich (w naszym życiu) staramy się funkcjonować przez cały okres. W międzyczasie przebywając na zleceniu prowadzimy drugie życie – żyjemy życiem podopiecznych. Czy sam fakt, że decydujemy się na taką pracę, nie wystarczy, by spotkać się z szacunkiem i uznaniem? Przecież nikt z nas nie ma gwarancji, że dwa miesiące później wróci w to samo miejsce. A jeśli nie wrócimy, to czy za każdym razem cały pobyt musimy walczyć o zdobycie zaufania? Potem nowe zlecenie, nowe walka… 
Wiem, że zdarzają się patologie. Że są osoby, które wyjeżdżają, by „wydrzeć” jak najwięcej pieniędzy a jednocześnie dać z siebie jak najmniej. Czy jednak nie powinno dawać się każdemu kredytu zaufania by nie skrzywdzić tych, którzy chcą dobrze? Czy nie można oszczędzić opiekunce tej drogi, którą ja właśnie przeszłam i mam nadzieję, że mam już za sobą? Czy potrzebna była moja walka? Czy potrzebne było moje upokorzenie, moje zwątpienie, te całe emocje? 
Nagle jest miło. Nagle jest zaufanie. Owszem, jest mi lżej na sercu. Cały wieczór siedziałam jednak w miłej atmosferze i mimo wszystko miałam żal. Żal, że nie było tak od początku. Żal, że ostatnie tygodnie towarzyszyło mi mnóstwo negatywnych uczuć. Żal, że musiałam tym ludziom coś udowodnić. Żal, że gdy mnie poznali mieli mnie za zupełnie kogoś innego. Za sępa, za pasożyta, za idiotkę oderwaną od garów, z której usług muszą skorzystać. Jestem pamiętliwa. Wiem, że te uczucia będą mną targały do końca pobytu tutaj. Nie ma czystej karty. Tabula rasa nie ze mną. Było, minęło a żal i niesmak pozostanie. A mogło być tak pięknie. Myślę, że Niemcy mają mimo wszystko bardzo często uprzedzenia. Uprzedzenia, których nie przeskoczysz w dzień, w dwa. By je pokonać potrzeba mnóstwa czasu. Czasu, którego w tej branży nie ma. I tak jeździ się od zlecenia do zlecenia i na nowo trzeba udowadniać, kim się jest. Być może jestem niesprawiedliwa. Być może było inaczej. W mojej pamięci pozostał taki obraz pierwszych dwóch miesięcy. Być może to jedynie różnice między nami Polakami a Niemcami, które prowadzą do tego, że ja czuję żal, a Niemiec nie ma pojęcia, że od dwóch miesięcy targają mną negatywne uczucia i doświadczam chwil wielkiego zwątpienia.

4 komentarze:

  1. Nie sa,z natury ,tak otwarci jak my.Byc moze opiekunki z Wloch mogly by powiedziec jak to u nich bywa.Wlosi to narod niezmiernie cieply i otwarty.
    Ale pocieszylas mnie swoimi obserwacjami 😊Bo ,pomimo iz mieszkam tutaj juz kupe lat ,to prace opiekunki 24h zaczelam dopiero poltora miesiaca temu.I to bezposrednio u rodziny ,zupelnie oficjalnie.Ale przeciez nie wszystko da sie ujac w umowie o prace.I pewne rzeczy ustalamy "w praniu". Tez nie jest mi latwo wielu rzeczy " wywalczyc".Mam dobra place i obawiam sie zbyt duzo pyszczyc 🤣Ale tez zauwazylam,ze z tygodnia na tydzien dzieci Seniorow sa jacys latwiejsi w obrobce 😆😆😆 Moze to wlasnie to o czym Ty tutaj piszesz ?
    Pozdrawiam serdecznie i zycze dalszych sukcesow 😆

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Półtora miesiąca... Zazdroszczę. Ja na początku opieki i ja teraz to dwie różne osoby. Chociaż może stałam się silniejsza. Nauczyłam się, że moje potrzeby są najważniejsze. To też jakiś plus. Życzę ci, żebyś wytrwała na nim jak najdłużej. Dla mnie pierwsza praca w opiece była najlepsza. Każde kolejne zlecenie porównywałam do pierwszego. Tak samo było w gastronomi. Jeśli chodzi o Niemców to ja zaobserwowałam dziwną zasadę: nie tylko czas jest tu ważny, by postrzegali nas innymi oczyma. Zazwyczaj im staję się bezczelniejsza, tym lepsze są stosunki między nami. Może oni mają nas za ludzi niższej kategorii i uczą się dopiero, że jednak jesteśmy równi?

      Usuń
  2. Popieram ostatnie dwa zdania, bo ja zauważyłam to samo. A jestem bezczelniejsza lub bardziej stanowcza dzięki zastosowaniu sie do wielu Twoich wskazówek. Jakie ciele było ze mnie na początku!!! Niczego nie żałuję, wszystko mnie czegoś nauczyło.
    Warto Cię czytać Barbaro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dokładnie. nic nie dzieje się w życiu bez przyczyny. może urodziłam się jako ciele, żeby stać się tygrysicą ;-)

      Usuń