Przez chorobę we dwoje


Dużo ostatnio przeszłam. Dużo przeszli ludzie, z którymi miałam do czynienia. W końcu przynajmniej w moim życiu zawodowym zapanował spokój. Dziwne stwierdzenie, biorąc pod uwagę, że otaczam się dwoma demencjami i jednym Parkinsonem. Myślę, że moje dwie dziewięćdziesiątki są już wystarczająco zmęczone życiem, by walczyć ze mną. Pani Flip bardzo szybko się poddała. Pan Flap z natury jest człowiekiem bardzo ugodowym i pomocnym. Czy cierpią z tego powodu, że złamałam panią Flip? Myślę, że w ogóle. Mam wrażenie, że pani Flip z ulgą przekazała mi pałeczkę. Za każdym razem cieszy się, że zaplanowałam już, co na obiad. Przy okazji jest przekonana, że zakupy robię za własne pieniądze. Nie wyprowadzam jej z błędu, bo i po co? Jeśli potrafi z tym żyć... Ciągle powtarza, że trzeba oddać coś społeczeństwu. Może myśli, że ja właśnie to robię. Czasami denerwują mnie te teksty. Myślę sobie: „ciekawe, co ty zrobiłaś dla społeczeństwa”, albo: „łatwo tak mówić, gdy się wszystko ma”. Nie mi tu jednak oceniać. Nie wdaję się niepotrzebnie w dyskusję. Być może problemy, jakie tu były, to wynik skąpstwa. Być może wynik choroby.

Moją głowę zaprząta natomiast temat starości i samotności. Większość podopiecznych, u których byłam, były poniżej osiemdziesięciu lat. Były to silne kobiety, które straciły mężów. Czy aby na pewno były silne? Ja tak je postrzegałam. Teraz tak sobie myślę, że to była ich zbroja. Straciły mężów, którzy zazwyczaj byli ich całym życiem. Strata była tak ogromna, że pomieszała im zmysły. Nie potrafiły one otworzyć się na innego człowieka. W każdym (często nawet we własnych dzieciach) widziały wroga. Bały się okazać, że są słabe i potrzebują pomocy.

Nigdzie nie zabawiłam długo. Dopiero u Sofjencji poczułam, że to miejsce dla mnie. Była ona diabełkiem. Stoczyłam z nią straszliwą walkę. Nie tylko walkę na bigos, ale i walkę o swoje miejsce w jej życiu. Walkę o jej zaufanie. Polubiłam ją. Zresztą wszystkich podopiecznych, od których nie uciekłam pierwszego dnia lubiłam. Inaczej nie potrafiłabym z nimi pracować. Początkowo Sofjencja kłóciła się ze mną, o nic nie pytała, a jeśli nawet spytała, zarzucała mi kłamstwo. Myślę, że pod koniec pobytu byłam jej najbliższą osobą. Miała do mnie zaufanie. Wiedziałam, jak z nią postępować. Niestety choroba wygrała. A ja nie miałam już siły. Jej rodzina nie miała ochoty mnie wesprzeć. Sofjencja trafiła do domu starców. Nie raz mówiłam, że byłyśmy, jak na bezludnej wyspie. Teraz to ona dopiero trafiła na taką wyspę. Została zupełnie sama.

Spoglądam na panią Flip i pana Flap, którzy przypominają mi dwa małe dzieciaczki i myślę, że mają ogromne szczęście, że są jeszcze razem. Pani Flip jest trudna. Potrafi być szorstka, oziębła i władcza. Dyryguje panem Flapem, który z pokorą wykonuje jej polecenia. Często zapomina, co miał zrobić i musi się nasłuchać wyzwisk ze strony żony. Niestety pani Flip nie rozumie choroby. Demencja dotknęła również ją, chociaż w mniejszym stopniu. Myślę jednak, że w gruncie rzeczy są szczęśliwi. Pan Flap nalewa pani Flip kawę. Pani Flip drobniutką łyżeczką miesza zawartość filiżanki - swojej i jego. Dzielą kanapkę na pół. Na spacer ruszają trzymając się za rączki. Oboje ledwo idą. Ale pan Flap czuje się silniejszy i to on prowadzi i wspiera żonę, jak na mężczyznę przystało.

Wczoraj wieczorem pierwszy raz toczyła się jakaś długa rozmowa. Myślałam, że mamy gości. Zeszłam na dół, a to pan Flap i Pani Flip rozmawiali sobie do późnej nocy. O czym? Nie mam pojęcia. Oni pewnie też już nie wiedzą. Poszli razem grzecznie spać. Rano wstali o tej samej porze. Parę minut męczyli się z windą przy schodach. Pan Flap (technik z zawodu) nie ogarnia pilota ze strzałeczką na dół i do góry. W związku z tym pani Flip nie wypuszcza pilota z ręki. Po domu rozchodzi się przeraźliwy pisk windy, który jest źle obsługiwany. Daję im trochę swobody. Są u siebie w domu i chcą sami. Gdy jednak po piętnastu minutach nadal znajdują się u góry, cichaczem używam drugiego pilota i sprowadzam panią Flip na parter. Pan Flap idzie za nią. Dziś zajęta byłam facebookiem. Gdy wyskoczyłam z jadalni, oboje byli już na dole. Dzielne dzieciaczki. Wspólnie dali radę. Tak, jak robili to przez całe życie.

Informacje o firmach


Na blogu będą się pojawiały posty przedstawiające firmy istniejące na rynku, które oferują pracę w opiece osób starszych. Zaznaczam, że nie sprawdzam informacji podawanych przez firmy, ani samych firm. Na blogu są informacje dotyczące naszej pracy i każdy sam decyduje, z jaką firmą i na jakich warunkach wyjeżdża. Proszę o rzeczowe komentarze pod postami. Komentarze typu "moja koleżanka", "słyszałam" i treści sprawiające, jakby były pisane po upojeniu alkoholowym lub w amoku będą usuwane. Mam nadzieję, że z możliwości skorzystają zarówno opiekunowie, jak i firmy.
Zainteresowane firmy proszę o kontakt na maila berezanskabarbara@gmail.com


Jedzenie - problem, tabletki - problem, wolność - problem. A właśnie, że nie! Nie dajmy się zwariować!


Wracając do tematu mojego nowego zlecenia...

Nie mogłoby być inaczej- pierwszy problem, jaki się pojawił, a właściwie, który istniał już przed moim przyjazdem to nic innego, jak jedzenie. Zmienniczce nawalił chyba cały układ pokarmowy. Zjechała z bólami. Trudno powiedzieć, którego organu. Początkowo mówiłyśmy, że to woreczek żółciowy. Dodałyśmy do tego wątrobę. Zastanawiałyśmy się nad trzustką... Gdy ją zmieniałam, wspomniała o bólu pod żebrami.- Aha! Mówię do niej: „żołądek”. Być może po miesięcznym pobycie i jedzeniu na okrągło smażonych ziemniaków, nawaliło jej wszystko po trochu. W każdym bądź razie o problemie wiedziałam. Wyjechałam jednak z firmą, która w takiej sytuacji nie zostawia opiekunki samej sobie. Edyta dostała od syna podopiecznej 120 euro, by mogła dokupić produkty, których brakuje. Podopieczna kupuje jedynie chleb, ziemniaki, banany i jabłka. Hmmm i dwadzieścia tabliczek czekolady. Mam nadzieję, że to rezerwa nie na tydzień, lecz na dłużej. Chociaż mam pewne wątpliwości. Niestety zmienniczka nie należy do osób asertywnych i będąc w posiadaniu gotówki, bała się iść na zakupy. Dla mnie sprawa była o wiele łatwiejsza. Dostałam nie tylko taką samą, ale nawet tą samą gotówkę, której nie zużyła Edyta i już pierwszego dnia pojechałam na zakupy. Nie pytałam podopiecznej, czy mogę. Wiedząc, że zmienniczce zabraniała chodzić na zakupy, postawiłam ją przed faktem dokonanym. Oświadczyłam, że jadę kupić coś na obiad i spytałam, czy lubią zupę z soczewicy. 

Fajnie mieć w zanadrzu ich ulubione dania na przełamanie lodu. Pani Flip była bardzo zaskoczona, ale i uradowana. Pan Flap rzucił powiedzeniem (którymi sypie, jak z rękawa) „Bohnen, Erbsen, Linsen bringen Arsch zum Grinsen”. Znaczy to tyle co „fasolka, groszek i soczewica przyprawiają tyłek o radość”. Chyba każdy wie, o co chodzi. Linsen wprawiły również podopiecznych w euforię. Nie wiem, na co bardziej się cieszyli. Na zupę, czy na to, że to ja zrobię zakupy. Ze zmienniczką doszłyśmy do wniosku, że podopieczna jest przekonana, że wydaję własną gotówkę. Nabrała apetytu. Wszystko jej smakuje. Nie broni się przed dokładką. Bardziej martwię się o pana, którym żona jednak dyrygowała i dyryguje. Wciąż mam wrażenie, że Flap ma ochotę na więcej. Krępuje się jednak żony. Mam nadzieję, że gdy zda sobie sprawę, że żona odzyskała apetyt, również zacznie jeść. Z pewnością brakuje mu białka. Jutro więc znowu będzie mięsko plus fasolka. A więc białko×2. Problem jedzenia rozwiązał się więc sam. A właściwie z pomocą firmy, ale poza plecami podopiecznych. Myślę, że to dobrze, że tak wyszło.

Drugi problem to tabletki i plastry (chyba przeciwbólowe). Tabletki rozdziela Caritas raz w tygodniu. Byłam przekonana, że podopieczni biorą je sami. Pierwszego dnia w obiad zauważyłam, że tabletki ze śniadania są nieruszone. Trochę zamieszania, by nagle w obiad je połknęli, ale dałam rady. Na szczęście w południe nic nie biorą i nie musiałam się martwić, że tabletki się powtórzą lub się wykluczają. Kolejnego dnia stawiam Pani Flip tabletki na stole. Nalewam wody do szklanki i udaję się do kuchni umyć naczynia. Wracam i zupełnie przez przypadek widzę, że pani zamknęła pudełeczko i nie ruszyła ani jednej tabletki. Na moją uwagę, żeby je wzięła, zaczęła sobie pokrzykiwać. Nie ze mną takie numery. Powiedziałam, że ma wziąć tabletki, bo nie zamierzam chodzić koło niej pół dnia i sprawdzać, czy je wzięła. Pani dalej swoje. Spokojnym i zdecydowanym tonem powiedziałam, że w sumie to ja nie mogę podawać tabletek, zadzwonię do firmy i powiem, że ma przychodzić codziennie Caritas. Pani Flip migiem połknęła tabletki. Przy okazji spytałam o plastry, które Edyta naklejała podopiecznej co trzeci dzień. Zastanawiałam się głośno, czy je przepisał lekarz i czy ja je w ogóle mogę przyklejać. O temacie zapomniałam.

Wieczorem zadzwoniła do mnie siostra. Kończyliśmy kolację. Przeprosiłam, odebrałam i odeszłam od stołu. Gdy wróciłam, podopieczna była oburzona, że ich tak zostawiłam. Ja byłam oburzona, że ona jest oburzona. Powiedziałam, że jestem 800 km od domu, dwadzieścia cztery godziny w pracy i powinna się z tym liczyć, że nie raz będę rozmawiała z rodziną. Moja siostra też ma swoje życie i swoją pracę i jeśli może rozmawiać w trakcie mojej kolacji, dodatkowo sprawa jest pilna, to z pewnością nie powiem jej, że ma zadzwonić później. Tym bardziej, że na zleceniu niezupełnie trzymamy się czasu i żadna pora nie jest odpowiednia, a raczej trudno stwierdzić, kiedy można zadzwonić, a kiedy nie. Pani Flip wylała żale do pana Flap. Poznałam ją już na tyle, że wiem, że musi sobie pogadać, by jej ulżyło. Chyba jednak to przemyślała, bo od następnego dnia zrobiła się jednak bardzo miła. Miewa oczywiście wybuchy agresji, typowe dla demencji, ale widać, że się stara.

Ponieważ zauważyłam zmianę na lepsze u podopiecznej, postanowiłam zająć się plastrem, póki nie wyjaśnię tego z firmą i rodziną podopiecznej. Wieczorem zeszłam. Trochę pogadałam o pierdołach i pytam, czy nakleić jej plastra. Pani Flip podziękowała, oświadczając, że nie ma takiej potrzeby. Zamykając drzwi usłyszałam, jak mówi do podopiecznego, że jeszcze tego brakowało, żeby Caritas przychodził codziennie podawać jej tabletki i dwa razy w tygodniu naklejać plastra. Aha! Do pewnych szczegółów pani Flap jednak ma pamięć. Mam nadzieję, że gdy jej załatwię Caritas, nie powróci do swojej opryskliwej natury.

Swoją drogą, to co myślicie o tych plastrach? Sama pisałam na blogu i nawet w książce, której się nie mogę doczekać, że wszystko to, co przepisuje lekarz, może aplikować i podawać jedynie wykwalifikowana Pflegekraft. Pflegekraft, którą nie jestem. Nie jest to tajemnicą, a tu taka sytuacja i człowiek zastanawia się, jak z tego wybrnąć. A znowu jestem trzecią opiekunką!

Cierpliwości i wyrozumiałości życzę


Może jeszcze bycia pozytywnym.

To komentarz jednej z czytelniczek. Przypuszczam, że przypadkowej czytelniczki i raczej nie będziemy się lubiły:

„Pani blog jest ogólnikowy i niekonkretny. Dziadziu, to wołacz, a mianownik-dziadzio. Babcia czuje do Pani respekt i się boi. Kontrowersyjne, zwłaszcza, że nie podała Pani w blogu o charakterze doradczym, żadnego sposobu, jak to się stało. Zostawianie staruszków z demencją samopas, też jest ryzykowne i niezbyt profesjonalne, bo płacą Pani  za ich zdrowie i bezpieczeństwo. Osobom z demencją nie wolno ufać. Łatwo rozniecają pożary, używają ostrych narzędzi, sprzętu AGD, którym są w stanie wyrządzić sobie krzywdę. Radzę lepiej przemyśliwać treści bloga, żeby sobie Pani sama nieświadomie nie szkodziła. Wyrazy szacunku.”

Właśnie zmieniłam zlecenie na raczej trudne. Sama zmiana niestety również przebiegła nie tak, jak planowałam. Nie sposób o wszystkim na raz napisać. Post o Flip i Flap to jedynie moje przemyślenia odnośnie różnic, jakie zaobserwowałam pomiędzy opieką nad jedną osobą i opieką nad dwoma osobami. Do tego są to przemyślenia zaledwie po kilku dniach. Nie raz pewnie jeszcze je zrewiduję. Nasza praca nie jest pracą od linijki do linijki. Moje poglądy tym bardziej. 

Blog nie ma charakteru naukowego. Zresztą szczerze wątpię, że na osoby chore na demencję, jest jeden sprawdzony, niezawodny sposób. Jedyna konstanta to spokój, który trzeba zachować, budowanie prostych zdań i poleceń, stabilizacja, określony plan działania, by wyrobić nawyki. Ważne jest przy tym, by samemu być pewnym tego, co się robi. Jeśli opiekunka sama do siebie i do własnych umiejętności nie ma zaufania, osoba demencyjna natychmiast to wyczuje. Praca z tą chorobą nie stanie się łatwa, po przeczytaniu wyżej napisanych zdań. To jedynie drobne wskazówki. 

Jak postępować z osobami chorymi, każdy musi dojść do tego sam w praktyce. To, co działa u mnie, niekoniecznie zadziała u mojej zmienniczki. Nawet z pewnością nie zadziałała u mojej zmienniczki. Jestem zupełnie inną osobą. Myślę, że w osobach starszych budzę respekt z wielu powodów. Z pewnością jednych z tych powodów jest język niemiecki. Bogate słownictwo, poprawna gramatyka. Słowa wypowiadane przez kogoś, kto mało co rozumie, mówi chaotycznie i niepoprawnie, raczej nie trafią do osoby chorej na demencję. Pewnie, jak zwykle panie ze słabszym językiem powiedzą „co ma piernik do wiatraka?”. Ano ma. I to bardzo dużo. Nie wykluczam, że ktoś ze słabym językiem, ma pojęcie o demencji. Ale popatrzmy na to ze strony osoby chorej. Na ile taka osoba, która nas nie rozumie i której my nie rozumiemy, może nam pomóc? Jak ma zrozumieć nasze potrzeby, nasze dziwactwa, jeśli nie rozumie naszych słów? Skąd podopieczny ma wiedzieć, że jest w dobrych rękach, skoro komunikacja zawodzi? Czy jest w dobrych rękach, jeśli pozostaje pod opieką kogoś ze słabą znajomością języka, podczas gdy często człowiek biegle władający tym językiem, ma problem? Zdaję sobie sprawę, że nie przekonam tych osób, które same siebie okłamują, że tak nie jest. Nawet nie zamierzam. Będę to jednak zawsze zaznaczała.

Zostawiając język w spokoju powiem, że mam pewną wiedzę. Życiową wiedzę. Jestem w średnim wieku. Co za tym idzie, urządzenia w gospodarstwie domowym nie są dla mnie „dziwnymi maszynami”. Parę guziczków więcej, inne programy, instrukcja w obcym języku nie robią mi różnicy. Znam Niemcy, jako kraj. Byłam niemal wszędzie. Znam kuchnię niemiecką. Mam masę tematów, na które mogę porozmawiać z podopiecznymi i z ich rodzinami. Czy to, że jestem im równym partnerem w rozmowach nie budzi zaufania? 

Poza tym mam taki sposób bycia, że nikt nie traktuje mnie, jak dziecka, ani jak przybysza z Ciemnogrodu. Wiem, co robię i dlaczego. Jeśli czegoś nie potrafię, po prostu się za to nie biorę. Nie latam, jak zlękniona kurka. Mówię to, co myślę, nie bojąc się konsekwencji. 

W sumie może i bez sensu ten post wyszedł. Zupełnie o czym innych chciałam pisać. Planowałam opisać sytuacje, gdzie stoczyłam walkę z podopieczną. Zdarzenia i słowa, po których moja pozycja w świecie podopiecznej się umocniła. 

Żeby jednak nie wprowadzać nikogo w błąd, musiałam to napisać. Mój blog to nie tablica w szkole na lekcji matematyki z gotowymi rozwiązaniami. Mój blog to moje przeżycia, moje przemyślenia i moje sposoby na radzenie sobie z podopiecznymi, ich rodzinami i z firmami. Nikomu nie daję gwarancję, że mój sposób zadziała u każdego. Tej gwarancji nie daję nawet sobie. To co zadziałało dzisiaj, jutro może okazać się kolejną porażką. Cierpliwych zapraszam do kolejnych postów. Niecierpliwym cóż mogę powiedzieć - mój blog, moja wiedza, moje doświadczenie, mój sposób przekazywania informacji. Jednemu odpowiada, innemu nie.

Jeszcze dwie uwagi.

To, że podopieczna ma szacunek i wie, że są jakieś granice, raczej nie jest kontrowersyjne. Wręcz konieczne.

Jeśli chodzi o zostawianie podopiecznych samych - mamy prawo do czasu wolnego. Uzgodniłam to z firmą i z rodziną podopiecznych. To, jak rodzina zorganizuje ten czas podopiecznym, nie jest problemem opiekunki. Odpowiedzialność ponosi opiekun prawny, czyli w tej sytuacji syn podopiecznych. Radzę Wam o tym pamiętać. Tłumaczenie, że opiekunka nie ma wolnego czasu, bo podopieczny nie może zostać sam, jest śmieszne. Są różne możliwości od Tagespflege zaczynając, na rodzinie kończąc. Moi podopieczni trzy miesiące temu radzili sobie jeszcze bez opiekunki. Demencja nie przyszła nagle. Jeśli syn ocenia, że sobie poradzą, to najwyraźniej wie, co robi.

Może czepię się jeszcze słowa „przemyśliwać” i zwrotu „w blogu”. Autorka komentarza poprawiła mojego „dziadziu”, które miało być zabawą językową. Rozumiem, że to „przemyśliwać” i „w blogu” to też zabieg artystyczny? Z poprawną polszczyzną chyba nie ma to za wiele wspólnego.

Praca u dwóch demencyjnych osób


Te osoby, które mnie śledzą, z pewnością zauważyły, że odkrywam nowe lądy. Pierw decyduję się na mężczyznę i to w wieku, który normalnie kategorycznie wykluczałam. Awaryjnie decyduję się na zlecenie u małżeństwa. Parkę przejmuję po mojej zmienniczce, z którą opiekowałam się Sofjencją. Zlecenie przedstawiała mi jako istny horror. Stwierdzona była demencja u pana i strasznie chora pani. Strasznie chora, ponieważ bierze po siedem tabletek rano i wieczorem. Jednak zarówno zmienniczka, jak i firma nie podała żadnej konkretnej choroby. Z Edytą stwierdziłyśmy, że z pewnością ma demencję i podejrzewałyśmy schizofrenię. Nie wiem, co mnie skusiło na to zlecenie. Może nuda u mężczyzny, a może po prostu chęć stabilizacji i wyjazdu ze sprawdzoną firmą po ostatnich przeżyciach. 

Jadąc na zlecenie czułam spokój i radość. Edyta cały miesiąc zdawała mi relację, jak jest strasznie na zleceniu. Im bardziej narzekała, tym bardziej miałam ochotę tam jechać. Nic z tym nie poradzę, że lubię wyzwania. 

Zawsze mówiłam, że nigdy w życiu dwie osoby do opieki. Uważam, że większość podopiecznych ma jednak mniejszą lub większą demencję. Chciałam uniknąć sytuacji, że jeden podopieczny ucieka drzwiami, a drugi oknem. Decyzja za którym biec z pewnością nie należałaby do łatwych. 

Na miejscu stwierdzam, że jeśli chodzi o Haushalt, czyli zajmowanie się domem, pracy jest ciut więcej. Tym bardziej, że na miejscu nie ma zmywarki. Pracowałam w restauracji. Nie raz trzeba było ogarnąć zmywak. Jednak naczynia na zleceniu przerastają mnie chwilami. Czasami dziadziu przyjdzie mi pomóc je powycierać. Zmienniczkę ponoć terroryzowali w kuchni, nie pozwalając jej nic zrobić. Do mnie się nie wtrącają. Dzisiaj nawet dziadziu spytał, czy poradzę sobie sama, bo chciałby się zdrzemnąć w fotelu. Bardzo pojedli i zwaliło ich z nóg. Miałam wrażenie, że ucieszył się, że nie musi mi pomagać. Wczoraj miał osiemdziesiąte dziewiate urodziny, więc pomyślałam, że mogę sobie podarować aktywizację. Dziadzio mianowicie cały dzień chodzi koło babci. Babcia to księżniczka na ziarnku grochu. Przynieś wodę, zrób kawę, popraw poduszkę, poskładaj koc... Poza tym męczy go psychicznie, obarczając go żalami, które ma do mnie. Jakoś się tym nie przejmuję. Przywyknie kobieta. Pierwsze dwa dni była bardzo wredna. Moja reakcja na pewne sprawy spowodowała, że jest bardzo milusia. Słyszę, że na mnie narzeka, ale w przeciwieństwie do pierwszych dwóch dni, gdy tylko mnie widzi milknie. Boi się. Jesteście ciekawi czego? O tym opowiem Wam następnym razem. To trochę niesamowita historia. Jej główny element to pieniądze. Dotychczas myślałam, że niektóre kłopoty na zleceniu wynikają z otępienia starczego. Tutaj wyraźnie widzę, jak dużą rolę w życiu tych ludzi grają pieniądze i pomimo, że w wielu sytuacjach umysł zawodzi, w sprawach pieniędzy zmysły wyostrzają się niewiarygodnie. 

Powróćmy jednak do tematu. Oboje podopieczni są osobami chodzącymi. W chwili obecnej stwierdzam demencję u obojga. Pan szybciej łapie bieżące rzeczy i tłumaczy podopiecznej sprawy, które trzeba logicznie ogarnąć. Nie pamięta jednak, co było pięć minut temu. Pani natomiast ma problemy z myśleniem tu i teraz. Za to doskonale wie, kto dzwonił, co kto zrobił i co zostało z obiadu (temat ten też muszę poruszyć w kolejnym poście). Małżeństwo jednym słowem się uzupełnia. Jak ślepy i głuchy, jak flip i flap, jak lody z gorącą czekoladą. Też macie już gorące lato? Radzą sobie staruszkowie, a ja mam święty spokój. Dochodzę po moich trudnych przejściach do siebie i nie mogę się doczekać, gdy blog zacznie się znowu kręcić. Pani Flip i pan Flap nawet na spacery chodzą sami. Pan Flap łapie panią Flip za rączkę i wyruszają w świat. Człowiek nie musi się martwić. Przynajmniej tak mi się wydaję. Liczę na to, że jak Flap nie będzie czegoś wiedział, Flip mu pomoże i jak Flip czegoś nie będzie mogła zrobić, Flap wesprze ją swym silnym, męskim ramieniem. Pod pewnym względem praca jest więc nawet łatwiejsza niż u jednej osoby. Może więc nie warto uogólniać i liczyć eurosy, tylko czasami złamać zasady. Być może znalazłam zlecenie na kilka miesięcy? 

Ile czasu potrzebuje opiekunka na spakowanie swoich zabawek?


Odpowiedź będzie krótka i konkretna - 25 minut i 3 minuty na powrót i dopakowanie brakujących rzeczy.

Równe dwa tygodnie minęły wczoraj, jak podjęłam współpracę z nową firmą. Obaw nie miałam wcale. Firmę obserwowałam już od jakiegoś czasu na rynku pracy i byłam przekonana, że jest to najpewniejsza firma pod słońcem. Nie miałam okazji z nią wcześniej wyjechać. Już pierwszego dnia napotkałam na trudności, które wynikały tylko i wyłącznie z dobrej woli pracowników. Pojawił się problem z dostarczeniem umowy. Przed wyjazdem zaniedbałam wydrukowania i odesłania jej w przekonaniu, że nie będzie problemu i podpiszę ją na miejscu. Wyjazd był szybki i praktycznie tuż po okresie świątecznym. Miałam kilka spraw do załatwienia i po prostu nie miałam czasu. Musiałam opuścić i uporządkować dom ojca, który postanowił wynajmować pokoje. Wygrzebałam z kartonów drukarkę. Okazało się, że potrzebuję sterownik, by działała. Pojechałam po sterownik, brakło tuszu. Umówiłam się, że umowę dostarczy koordynatorka na miejscu. Wtedy po raz pierwszy okazało się, że słowa pracowników nie są nic warte.

Ostatni rok pracowałam z firmą, gdzie nie ukrywam, że pojawiały się problemy, ale mogłam na nią zawsze liczyć. Tymczasem nowy pracodawca zawiódł mnie na samym wstępie. Mało tego. Przez pracownicę z biura zostałam doprowadzona do takiej wściekłości, że o mały włos nie zjechałam pierwszego dnia ze zlecenia. No ale przecież był Opa (dziadek), którego nie mogłam tak po prostu zostawić. Rozumowanie, na którym firma opiera chyba całe swoje postępowanie. Zagroziłam, że nie podpisałam jeszcze żadnej umowy i jeśli mi jej nie przywiozą najzwyczajniej w świecie zjadę. Poskutkowało. Po doświadczeniach z tą firmą mogę tylko powiedzieć, że niestety.

Moja rada dla wszystkich - jeśli widzicie, że firma nie ma dla was szacunku, rozmowa wygląda, jak rozmowa z upartym dementykiem, podejście pracowników do opiekunki jest takie, jakby opiekunka była głupkiem, a przede wszystkim na jaw wychodzi, że firma skłamała i nadal twardo kłamie, chociaż ma się na to dowody w postaci umowy, idzie w zaparte, że jest inaczej (w sprawie wysokości składek) nie patrzcie się na podopiecznego, tylko składajcie wypowiedzenie w trybie natychmiastowym i zjeżdżajcie ze zlecenia tego samego dnia!

Kto czyta moje posty, z pewnością pamięta, że uważam, że nie zjeżdża się z dnia na dzień. Należy dać firmie dwa dni na znalezienie zmienniczki. Nawet jeśli wypowiada się w trybie natychmiastowym. Dlaczego? Bo na miejscu jest stary, schorowany człowiek.

Niestety trafiłam na taką firmę, że honor nie pozwalał mi na to, bym została na zleceniu minutę dłużej. O moich dylematach z wyżywieniem czytaliście. To był drugi, a właściwie trzeci problem z firmą. Rozmowa z biurem to była jakaś farsa. Odłożyłam telefon oświadczając, że proszę o kontak z inną osobą, bo z tą, którą miałam na telefonie nie potrafiłam rozmawiać. Zostałam tak rozwścieczona, że nie mogłam myśleć. Oddzwoniła pani, która co prawda sprawiała wrażenie wkurzonej i nie miała ochoty na dyskusję, ale załatwiła ze mną sprawę oświadczając, że na znalezienie zmienniczki mają siedem dni. Postarają się jednak znaleźć kogoś w ciągu dwóch.

Zaczęłam się rozglądać za nowym zleceniem. To było w poniedziałek. Tego samego dnia otrzymałam SMSa z informacją, że poinformują rodzinę podpiecznego, że do końca tygodnia zjadę. W środę w południe skontaktowałam się z firmą, oświadczając, że szukam nowego zlecenia i czy mogę założyć, że w kolejny wtorek będę już wolna. Zapewniono mnie, że oczywiście - w poniedziałek zmieni mnie zmienniczka. Spytano, czy chcę z nimi dalej współpracować. Oświadczyłam, że dla mnie kontakt z biurem jest bardzo ważny. Z pracownikami firmy po prostu nie potrafię rozmawiać. W związku z tym wykluczam dalszą współpracę z firmą. Usłyszałam, że to szkoda. Byłam przekonana, że to koniec kłopotów.

Niestety jeszcze tego samego dnia (po tym, jak mojej starej, zaufanej firmie, dałam znać, że w poniedziałek, bardzo późnym wieczorem mogę stawić się na nowym zleceniu i wszystko zostało tak ustawione, otrzymałam telefon od firmy xyz, że MUSZĘ zostać do środy. Oświadczyłam, że specjalnie przed podjęciem nowego zlecenia upewniałam się, czy faktycznie będę wolna w poniedziałek. Wyskoczono ze stwierdzeniem, że obowiązuje mnie okres wypowiedzenia. Na nic zdały się moje słowa, że umowa zawarta ustnie, że mogę zjechać w ciągu tygodnia również jest wiążąca. Pani zaczęła zaprzeczać, że coś takiego miało w ogóle miejsce. 

W międzyczasie do staruszka Gerarda przyszedł syn. Wybierając się na zakupy spytał, jaką chcę wodę. Ojciec mu przekazał, że nie piję gazowanej. Podeszłam do niego i powiedziałam, że w sumie w poniedziałek zjeżdżam i nie warto kupować wody niegazowanej, jeśli prócz mnie nikt jej nie pije. Mężczyźni stanęli jak wryci. Zaczęli robić mi wyrzuty, że nie mają o tym pojęcia, że to nieładnie z mojej strony, że im o tym nie powiedziałam od razu. Na nic zdały się moje tłumaczenia, że byłam pewna, że firma się z nimi kontaktowała.

Firma nie odbierała ode mnie telefonów. Napisałam SMSa z zapytaniem, jak mogli nie poinformować rodziny, o tym, że zjeżdżam. Dostałam odpowiedź, że niepotrzebnie o tym z rodziną rozmawiałam. Opadła mi kopara. Synowi podopiecznego również. Przez cały dzień koordynatorka nie odbierała od nich telefonów. Do mnie oddzwoniła i powiedziała, że ma taką taktykę, że dzwoni dopiero wtedy, gdy ma konkretną zmienniczkę. Nie zamierza bowiem świecić oczyma przed rodziną. Tymczasem ja mogę. Po takich nieprzyjemnych sytuacjach muszę trwać na posterunku i udawać, że nic się nie stało, by stary człowiek nie odczuł, że jest jakiś problem i nie odbiło się to na jego zdrowiu fizycznym i psychicznym.

W czwartek rano napisałam wypowiedzenie w trybie natychmiastowym. Jako powód podałam utratę zaufania do firmy. Wymieniłam punkt po punkcie, na co byłam narażona ze strony firmy przez dwa tygodnie współpracy. Zobowiązałam się zostać do poniedziałku. Ustalenia telefoniczne uznałam za wiążące. Wysłałam screeny SMSów, które potwierdzały, że taka rozmowa miała miejsce. Zaznaczyłam, że zostaję do poniedziałku tylko ze względu na podopiecznego. 

Niestety. Firma zamiast się skoncentrować na tym, by znaleźć opiekunkę na poniedziałek, całe swoje siły przeznaczyła na to, by mnie zmusić, żebym została do środy. W samo południe zjawiła się koordynatorka. Zamknęła się z dziadkiem w pokoju. Zapukałam pytając, czy nie potrzebują mnie do rozmowy. Chcieli porozmawiać sami. Mając przeczucie, że to się dobrze nie skończy, zaczęłam nosić rzeczy, których nie potrzebowałam na co dzień do auta. Wzięłam ze sobą połowę dobytku, więc chodziłam w tą i z powrotem.

W końcu koordynatorka wyszła z pokoju i oświadczyła, że muszę zostać do środy. Odpowiedziałam, że nic nie muszę. Umawiałam się z biurem, że zjeżdżam w poniedziałek i znalazłam już nowe zlecenie. Kobieta powtarzała, że muszę zostać do środy. Gdy przeczytałam SMSy informujące mnie, że mogę zjechać w poniedziałek, usłyszałam, że to pisał pracownik. Nie za bardzo wiedziałam, o co chodzi. Po kilkakrotnie powtórzonym zdaniu zrozumiałam, że słowa pracownika się nie liczą. Myślę, że pracownicy tej firmy mają wyuczone zdania na takie okazje, które powtarzają, jak mantrę, chociaż jest to największą pod słońcem głupotą. Tak samo wyglądały rozmowy z biurem. Powtarzanie bezsensownych zdań, gdzie człowiek się pytał, o co teraz chodzi. Kilkakrotnie powtórzyłam, że zjeżdżam w poniedziałek i jeśli jeszcze raz powtórzy, że muszę zostać do środy, zamiast wziąć się do roboty i szukać zmienniczki, to zjadę natychmiast. Koordynatorka wydawała się być bardzo rozbawioną tą sytuacją i kilkakrotnie powtórzyła zdanie.

Migiem spakowałam się do auta. Gerard chodził za mną i mówił: „ale pani Barbaro...”. Wskazałam mu koordynatorkę i powiedziałam, że to jest jego osoba do kontaktu. Spakowałam się i odjechałam. Zaparkowałam pod marketem, żeby się uspokoić i zaczęłam się zastanawiać, gdzie jest mój portfel z polskimi pieniędzmi. FUCK!!! Został u podopiecznego! Pomyślałam, że nie może być. Z pewnością spakowałam go do jednej z toreb. Analizowałam, gdzie on leżał w pokoju, by móc określić, gdzie go wrzuciłam. FUCK!!! Leżał w szufladzie. Nie opróżniłam szuflad!!!

Myślę „fuck z portfelem”. Analizuję co było w szufladach. FUCK!!! Moje kosmetyki i cała apteczka. Fuck!!! Wracam. Wpadam do domu. Mówię, że zapomniałam opróżnić szuflad. Starszy pan siedzi zrozpaczony. Towarzystwa dotrzymuje mu bezczelna koordynatorka. Rozmawia z kimś przez telefon. Wymienia imiona pracowników, którzy przebywali akurat w Polsce i teoretycznie mogliby podjąć pracę. Opróżniam szuflady i jadę ponownie pod market.

Musiałam się napić!!! Kawy 😉.  Chciałam się zastanowić, co dalej. Wypiłam kawę. Zjadłam ciasto. Znalazłam rozwiązanie. Wróciłam do auta. Fuck! Nyska policyjna. Pomyślałam: „donieśli pewnie na mnie, że coś ukradłam, żeby mi narobić kłopotów". Radiowóz zaparkował obok. Przez głowę przemknęła mi myśl, że najem się wstydu, gdy zaczną przeszukiwać cały ten syf wrzucany w pośpiechu. Spojrzałam na policjanta. On zerknął na mnie. Cały świat stanął w miejscu. Pomyślałam: „what the fuck!!!. Nie może być!". Otworzyłam okno i spytałam, czy chce wyjść z radiowozu. Chwilę wcześniej zdałam sobie sprawę z tego, że zaparkował zbyt blisko mojego auta i nie był w stanie otworzyć drzwi. Spytał, czy chcę odjechać. Odpowiedziałam, że tak, ale chciałam jeszcze nastawić nawigację. Policjant uśmiechnął się. Siedząc w aucie, z którego nie mógł wyjść rzekł, że nie ma sprawy, poczeka. Szybko oświadczyłam, że może lepiej odjadę. Odjechałam śmiejąc się sama do siebie, że jestem taka przewrażliwiona.

Jak uważacie, czy umowa ustna obowiązuje? Kiedy opiekunka może zjechać ze zlecenia? Czy kiedyś zjechaliście z dnia na dzień? Z chwili na chwilę? W ułamku sekundy?

Jedzenie na zleceniu. Wrrr


Temat jedzenia już raz poruszałam pod postem Jedzenie na zleceniu, jak to jest? Co łaska, czy co chcesz?. Prawnie na osobę na tydzień przysługuje 56 euro. Sprawa prosta. A jednak nie. Po raz pierwszy poległam na zleceniu w sprawie jedzenia. Owszem, walczyć o pieniądze na jedzenie musiałam już nie raz. Na załatwienie spraw i ustawienie Stelli daję sobie około tygodnia. Przyjechałam do starszego pana. Mój pierwszy podopieczny rodzaju męskiego. Zadowolona stwierdziłam, że faktycznie nie ma demencji. Pracy również nie ma wiele. Z jego dziećmi od razu stwierdziłam, że nie ma chemii. Chyba jako pierwsi o nic mnie nie wypytywali. Nie wykazywali zainteresowania. Pierwszy dzień i pierwsza wizyta wyglądała tak, że synowa podopiecznego cały czas patrzyła na zmienniczkę i z nią rozmawiała. Na mnie spojrzała jeden jedyny raz, gdy chciała mnie poinformować, że jej syn jedzie do Oxford. Zrobiła przy tym taką dumną minę, że myślałam, że jedzie tam studiować. Później okazało się, że pojechał tam jedynie na wycieczkę. Mniejsza z tym.

Wróćmy do jedzenia. Otóż przemądrzałam się, że należy nam się tyle i tyle pieniędzy na jedzenie i trzeba to egzekwować. Łatwo to zrobić jeśli to my dysponujemy i zarządzamy tą gotówką. Starszy pan jednak sam zarządza swoimi pieniędzmi. Już przed wyjazdem wiedziałam, że zakupy robi rodzina. Zmienniczka jednak zapewniła mnie, że pan daje pieniądze na zakupy i spokojnie można kupić to, co się potrzebuje. Wbrew moim postanowieniom, że nigdy nie pojadę do osób powyżej dziewięćdziesiątego roku życie oraz w miejsce, gdzie nie robię sama zakupów, z niewyjaśnionych mi przyczyn zdecydowałam się na to zlecenie.

Już pierwszego dnia wynikły pewne problemy z firmą. Przyzwyczajona do mojej starej firmy, z którą wyjechałam do Sofjencji i z którą w sumie do samego końca mogłam prowadzić dialog, zaniedbałam podpisania, a właściwie wydrukowania, podpisania i odesłania umowy. Zrobiłam to w przeświadczeniu, że wszystko da się załatwić na miejscu. Firma to potwierdziła. Umowę miała przekazać mi koordynatorka. Na miejscu usłyszałam, że zamiast na dwa miesiące przyjechałam na miesiąc i żebym ustaliła ze zmienniczką, kiedy dokładnie się zmienimy. O mało szlag mnie nie trafil. Narobiłam rabanu. Dzwoniłam do firmy. Ku...wałam i pytałam, czy mam do czynienia z downami. W tym całym nieszczęściu okazało się, że z koordynatorką można sie dogadać. Po tym jak rozmawiając z biurem powiedziałam, żeby mnie nie prowokowano, bo nic jeszcze nie podpisałam i w każdej chwili mogę zjechać, przyjechała pani koordynator z umową. Rozmawiała ze mną, jak z człowiekiem. Pomyślałam sobie: "tyle afery o nic". Trochę sama namieszałam.

Temat zamknięty. Zamknięty do dzisiaj. Ponad tydzień przyglądałam się, jak starszy pan dyktuje mi, co mam gotować. Pierwszego dnia przekonana, że gotuje się świeżą żywność (zmienniczka miała mi pokazać sklep mięsny) kupiłam mięso wołowe na zupę gulaszową. Ugotowałam zupę. Innym razem udało mi się ugotować zupę z soczewicy. Niestety już po zupie gulaszowej stało się tak, że to pan dyktował co mam „gotować”. I tak „gotowałam” po dwie parówki z kartoffelsalat ze sklepu (normalnie nie jem tego świństwa), jednego schabowego na dwie osoby, spaghetti z sosem z puszki (tu odniosłam sukces, bo zamiast jednej puszki o pojemności sto ml zużyłam dwie), rybkę z foremki na pół, następnie wysłano mnie po dwa gotowe obiady na ciepło - gołąbek z ziemniakami i gulasz ze spetzlami. Pojechałam i zastanawiałam się, kto, co będzie jadł, czy podzielimy sie pół na pół. Okazało się, że podzieliliśmy się pół na pół, ale na przestrzeni dwóch dni. Tzn. w sobotę zjedliśmy po pół gołąbka i po pół porcji gotowych ziemniaków, a w niedziele zjedliśmy po pół porcji gulaszu i pół porcji spetzli. 

W niedziele poruszyłam temat z córką podopiecznego. Tym bardziej, że natknęłam się na instrukcję dla opiekunki, w której czarno na białym było napisane o świeżej żywności. Następnie temat poruszyliśmy w trójkę. W trakcie rozmowy widziałam, że będzie ciężko. Pomyślałam jednak, że z czasem jakoś przejmę pałeczkę z tym gotowaniem. 

Przyszedł poniedziałek. Starszy pan przypomniał sobie o wędzonym łososiu, którego przywiozła mu córka (125g). Plan na dzisiejszy obiad? Makaron z tym łososiem na dwie osoby. 

Tego było dla mnie za dużo. Poszłam do sklepu, zrobiłam za swoje zakupy. Nie dawało mi to jednak spokoju. Jak ja mam gotować swoje produkty, panu jego, rozliczać, jeść zupełnie co innego? Stwierdziłam, że ta cała sytuacja jest chora. Po pierwsze powinna być ustalona jakaś kwota, którą opiekunka ma do dyspozycji, po drugie to jednak my powinnyśmy decydować, co gotujemy uwzględniając potrzeby podopiecznego. To nie restauracja 4 gwiazdkowa, gdzie mówisz i masz. „Gotowanie” takiego jedzenia naprawdę przerosło mnie intelektualnie. Nie potrafię. Robi się zakupy albo pod kątem gotowania świeżych produktów, albo pod kontem żywności przetworzonej. Jeśli w domu są same gotowce, nagle z dnia na dzień nie ugotuję obiadu ze świeżej żywności. Takie gotowanie trzeba planować i jednak trzeba mieć pewne zasoby świeżej żywności w domu. Kupię bakłażana, zużyje pół, potem jem przez tydzień puszki. W międzyczasie bakłażan się popsuje. To nie jest robota. 

Pani koordynator powiedziała, żebym nie słuchała dziadka i gotowała, co uważam. Łatwo powiedzieć trudniej zrobić. Niedemencyjny dziadek mówi, co chce jeść, a ja mam powiedzieć „nie”? Już koło córki powiedziałam, że nie kupiłam sosu bolognese z puszki. Dziadek do mnie, że przecież mi kazał. Mając u boku córkę, która przekonana była, że mam gotować żywność nieprzetworzoną, uważałam sytuację za zabawną i powiedziałam, że sama taki sos ugotuje. 

Niestety głodny człowiek to zły człowiek. Przy jedzeniu potrzebuje świętego spokoju. Tymczasem, gdy podałam obiad - mojego łososia z makaronem, cukinii i bakłażanem i dziadka makaron ze śmietana i łososiem musiałam cały obiad tłumaczyć, czym się różni moje 200 g świeżego łososia, od jego 50 g wędzonego łososia. To nie na moje siły. 

Zadzwoniłam do firmy, by poszukali mi zmienniczki. Pani zaczęła wałkować temat jedzenia, jakbym była nienormalna, stwierdzając, że to nie problem i nie rozumie i że opiekunki na innych zleceniach mają większe problemy, bo podopieczni wydzielają im po kromce chleba i po dwa plasterki wędliny. Wstyd!!! Powiedziałam, że w takim razie nie mają dobrych zleceń, bo jedzenie to nie łaska i opiekunka ma prawo decydować co i kiedy je. Rozmowa z tą panią była bardzo dziwna. Tym bardziej, że ja nie chciałam rozwiązać tego problemu, tylko chciałam, by załatwiono zmienniczkę. Pani wałkowała temat jedzenia tak, jakbym była niespełna. Jeśli ja przez tydzień próbowałam delikatnie podejść do tematu i poległam, a ktoś z biura pyta sie mnie, czy podopieczny krzyczał, że nie mogę jeść czegoś innego, a ja nawet nie mam co innego do jedzenia, bo kwota na zakupy nie jest ustalona i pan daje tyle, że akurat starcza na jego zachcianki. A ja się nie będę co drugi dzień pytała o pieniądze. Koniec końców powiedziałam, że nie będę z tą kobietą rozmawiać, bo rozmowa z nią jest dla mnie trudniejsza niż z demencyjną osobą. Odłożyłam tel. Zadzwoniła chyba szefowa i konkretnie ustaliłyśmy, że chcę zjechać. Rozmowa była hu..wa, bo byłam tak poddenerwowana, że nie mogłam myśleć. Kobieta też nie miała ochoty na dalsze dyskusje chociaż chciałam wyjaśnić do kiedy mam umowę, bo one mówiły, że do 09.05, a ja wiem, że do 16.05. I też stanowczy ton pierwszej pani, że ona ma racje, a nie ja. Burdel.

Puenta tylko taka: wyjeżdżajcie z firmami, które z góry mają ustalone, jaką kwotę opiekunka ma dostać na zakupy. Po drugie nie wyjeżdżajcie w miejsca, gdzie tych zakupów nie robicie same. Dla mnie to masakra. Może zbyt wiele wymagam? Jak uważacie? 

Czekam na zmienniczkę. Dowiedziałam się, że firma musi kogoś znaleźć w ciągu siedmiu dni, a postara się znaleźć w ciągu dwóch. Jestem wykończona i wkurzona sama na siebie, że się w coś takiego wpakowałam. Mam nadzieję, że nie będę teraz miesiącami szukała dobrego zlecenia.

Na kogo powinna liczyć opiekunka?


Kto ponosi odpowiedzialność za opiekunkę?

Przybyłam, zobaczyłam, mam mnóstwo czasu, spotkałam się z innym światem i gdybam. 

Polska opiekunka rzuca wszystko w Polsce i jedzie do obcego kraju zająć się starym człowiekiem. Przybywa na miejsce. Co spotyka? Bywa różnie. Czasami trafia do specjalnie dla niej przygotowanego ogrzewanego pokoju, z dostępem do internetu, telewizorem, łazienką. Czasami spotyka się z kompletnym brakiem warunków do życia. Temat prosty. Albo coś jest, albo czegoś nie ma. Sama doświadczyłam takie sytuacje na własnej skórze. Wygodne łóżko jest rzadkością. TV w pokoju właściwie również. Rozumiem, że wiele opiekunek nie korzysta z TV. Dla mnie to chyba ważniejsze media niż internet. W końcu komputer mam zawsze ze sobą. Mały stick internetowy zmieści się nawet w kieszeni. Doładowanie to zaledwie 10- 15 euro miesięcznie. Zresztą obecnie można korzystać z polskiego internetu. Telewizora do kieszeni nie wsadzę. Językiem niemieckim władam biegle. Mam swoje ulubione niemieckie programy. Kwitnięcie przy komputerze jest dla mnie męczące i izolujące. Nie ma to jak duży ekran i bieżące info z kraju i ze świata.

Nie o rzeczach materialnych chciałam jednak dzisiaj pisać. Zastanawia mnie podejście Niemców do opiekunki. Dotychczas spotykałam się z czymś takim, że rodzina podpisała umowę z firmą i w sumie na tym kończyły się jej obowiązki względem opiekunki. W późniejszym czasie dochodzi jeszcze sprawa zakupów - albo muszą je zrobić sami, albo dadzą pieniądze opiekunce. I na tym kończy się ich rola. Każdy problem, każda awaria dotycząca podopiecznego lub jego domu zgłaszana w późniejszym czasie jest lekceważona lub w nieco mniej drastycznych przypadkach przyjmowana do wiadomości. Opiekunka dostaje jednak plakietkę „uciążliwej i męczącej”. A sprawy dotyczą przecież członka rodziny.

Na kogo opiekunka może liczyć, gdy sama potrzebuje czyjeś pomocy, jeśli nie na rodzinę podopiecznych? Otóż w większości przypadków niestety może liczyć jedynie na siebie. Moje zlecenie u Sofjencji jest świeże. Było to trudne zlecenie. Wykańczające psychicznie. Sofjencja miała trzy opiekunki. Już pierwsza miała problemy ze zdrowiem. Z nerwów strzeliło jej coś w oku. Potrzebna była wizyta u lekarza. Konkretnie u okulisty. Nie jesteśmy małymi dziećmi i niby można się udać samemu do lekarza. Czy jednak naprawdę nie powinniśmy liczyć na pomoc rodziny podopiecznego lub ewentualnie firmy? Jesteśmy w obcym kraju. Wiele opiekunek nie zna wystarczająco języka niemieckiego, wiele opiekunek nie może zostawić podopiecznego samego, by ruszyć na termin u lekarza, wiele opiekunek nie ma auta, a środki komunikacji miejskiej w niektórych miejscach są ograniczone. Poza tym, by dotrzeć autobusem, czy tramwajem do lekarza trzeba mnóstwo czasu. Czasu, którego opiekunka nie ma! W ten oto sposób pierwsza opiekunka u Sofjencji dowiedziała się, że na rodzinę podopiecznych nie może liczyć. Potem dowiedziałam się o tym ja.  Dwa razy jechałam na pogotowie sama, raz czułam się tak źle, że poprosiłam siostrę podopiecznej, by mnie zawiozła. Znikła za kotarą drzwi wejściowych, a kilkanaście minut później do moich drzwi zadzwonili sanitariusze. Na pomoc nie mogła liczyć moja zmienniczka, która była ulubienicą całej rodzinki. Sytuacja drastyczna. Do tego wszystkie trzy miałyśmy problemy zdrowotne z powodu podopiecznej, która była demencyjna i agresywna. Poza tym osobiście napotkałam się w początkowym okresie na nieprzyjemności również ze strony rodziny podopiecznej.

Nie mówmy jednak o tak drastycznych przypadkach. Często jestem pierwszą opiekunką na Stelli. Znam już życie na tyle, że jadę przygotowana. Własny stick internetowy, własne ręczniki, koc (abym nie marzła w nocy pod tym, co dostanę) oraz wydruki z mapkami pobliskich sklepów. Wydaje mi się to normalne. Prawie nigdy, gdy byłam pierwszą opiekunką na zleceniu, nikt mi nic nie pokazywał. Wszystko musiałam zazwyczaj znaleźć sama. Rzadko podopieczny miał samochód. Nigdy nie miałam do dyspozycji roweru. Gdy zmieniamy już zmienniczkę, to zazwyczaj ona nam pokazuje co i jak. Gdy jest się pierwszym, trzeba do wszystkiego samemu dojść. Dla mnie było to normalne. Nawet to, że dostałam niezarejestrowany stick, z którym walczyłam kilka dni, by go zarejestrować.

Tymczasem dziewięćdziesięcioletni podopieczny otworzył mi oczy. 

Pierwszy problem, z jakim spotkałam się na zleceniu to podłączenie się do routera. Na moim komputerze jest zainstalowana Vista. Czasami mam problem z podłączeniem się pod Wifi. Na obecnym zleceniu wystąpił ten problem. W moim przeświadczeniu mój problem i głowię się, jak go rozwiązać. Znowu piszę na smartphonie. Komputer i tak był do wymiany, więc chyba w końcu kupię nowy i koniec z problemem z podłączeniem się do Wifi. Tymczasem podopieczny przeżywa, że przecież ten internet jest ekstra dla mnie i to nie może tak być, że siedzę w internecie na takim malutkim czymś, jak moja komórka. Jestem przekonana, że gdyby potrafił, stanąłby na głowie, by mi ten internet podłączyć. Natychmiast wspomniał o tym rodzinie. Rodzina zbytnio się nie przejęła. Czy to chodzi może o generację? Czy kiedyś ludzie byli bardziej „korrekt”? W sumie to takie logiczne, że jak ktoś jest w kłopotach, to wypadałoby pomóc. Szczególnie, jeśli ktoś ma problem u ciebie w domu! 

Następna sprawa: wspomniałam, że muszę wysłać list do Polski. Ważne dokumenty (wniosek, by płacono za mnie składki chorobowe i rentowe). W dokumentach do umowy nie mam tego wniosku, a wyczytałam, że jeśli chcę, by je za mnie płacono, to muszę taki wniosek złożyć. Zresztą we wszystkich firmach podpisując umowę, podpisywałam również taki wniosek. Opa przejęty powiedział rodzinie, by zrobili ze mną rundkę po mieście i mi wszystko pokazali. W szczególności pocztę. Widząc ich zdziwioną i niechętną minę powiedziałam, że sobie poradzę. Następnego dnia dziadzia poprosił, żebym pomogła mu się ubrać (normalnie ubiera się raz w tygodniu, gdy ma wizytę) i ruszył ze mną na swoich powykrzywianych, dziewięćdziesięcioletnich nóżkach pokazać mi miasto. Było mi strasznie głupio. Tłumaczyłam, że sobie poradzę. Opa na to, że on nie może postąpić inaczej. Że przecież ja przyjechałam z obcego kraju, nie mam tu nikogo i on czuje się za mnie odpowiedzialny. Przecież ktoś musi mi wszystko pokazać. Z jednej strony to było niepotrzebne. Z drugiej strony myślę, że dla wielu opiekunów taka rundka po mieście jednak byłaby ważna.

Ile rodzin i podopiecznych poczuwa się do tego, by w razie potrzeby wesprzeć opiekunkę? Mogłabym prześledzić moją karierę w opiece. Przypuszczam, że wynik nie świadczyłby dobrze o Niemcach. Patrzę na dziadziusia i myślę sobie, że dobrzy ludzie wyginęli. On jest ostatnim człowiekiem nieegoistą. Walczył na wojnie. Wielu Polaków powiedziałoby „stary nazista”. Tymczasem to chyba pierwszy człowiek, którego spotkałam w opiece, który pomyślał, co czuje opiekunka przyjeżdżając do Niemiec. O tym, że jest to obcy kraj, że nie ma tu nikogo i że musi mieć odpowiednie warunki, by funkcjonować i w pewnych sprawach ma prawo liczyć na pomoc.

Jestem lekko zdenerwowana z innych powodów (o których napiszę wkrótce). Ciężko mi tu zacząć. Ale gdy patrzę na podopiecznego, chce mi się płakać, że jest takim dobrym człowiekiem. Jestem zła na siebie, że tak ciężko mi zacząć i że się złoszczę z tego powodu na niego. Nie mam siły zaczynać, a za kolejne sześć tygodni czeka mnie nowe Stelle. Przy okazji tak sobie myślę o poprzednich podopiecznych. Często mówię, że demencja to kara boska. O większości podopiecznych słyszałam, że oni zawsze byli tacy niedobrzy. A tu dziadziuś w wieku dziewięćdziesięciu pięciu lat - uśmiechnięty, szczęśliwy, do którego przychodzi i dzwoni rodzina. Zdrowy umysł. Czy ten zdrowy umysł nie jest nagrodą za całokształt?

A może piekło i niebo spotyka nas już zza życia? Może to po prostu nasza starość? Jedni latają obłąkani, a inni żyją tak, jak żyli całe życie i emanuje z nich dobro. Takiemu człowiekowi nawet nie sposób odmówić. I to jest mój problem. Ale o tym w przyszłości. Myślę, że się z tym problemem uporam. Tylko kurka, tak ciężko mi zacząć. Nastawiłam się na walkę z wiatrakami. Spotkałam normalnego człowieka. A w tym nie mam doświadczenia.

A Wy jak uważacie? Opiekunka powinna być silna, mądra, ze wszystkim radzić sobie sama, czy jednak ktoś jest odpowiedzialny za to, by nieść nam pomoc, gdy tej pomocy potrzebujemy? W końcu, jak mówi dziadzia, przybyliśmy do obcego kraju. Nie mamy tu nikogo. Fakt. To nasza decyzja. Ale przybyliśmy tu dla kogoś. Czy ten ktoś ma OBOWIĄZEK służyć nam pomocą?

Podopieczny mięścizna 😉- nowe lądy


Był urlopik i przyszedł czas na kolejny wyjazd. Podopieczna, do której miałam jechać w ostatniej chwili wylądowała w szpitalu. No cóż. Zdarzyć się może. Być może jednak prawda była inna. Dopatruję się spisku. Dowodów nie mam, więc nawet nie denerwowałam się na firmę. Niestety kolejne oferty, które mi przedstawiali lekko wyprowadziły mnie z równowagi. Tym bardziej, że z powodu zlecenia od tej firmy zrezygnowałam z propozycji od innej firmy, gdzie wydawało mi się, że wszystko jest idealnie. No cóż. Decyzję trzeba podjąć. Ponieważ firmy, z którymi rozmawiam, oferują zlecenia na podobnych warunkach, postępuję według zasady „kto pierwszy ten lepszy”. Wyjazd nie wypalił. Przystąpiłam więc po raz kolejny do ataku na firmy. No i znalazło się zlecenie.

Zlecenie, które w normalnej sytuacji nie odpowiada moim kryteriom.

1. Kryterium

Nie jeżdżę do ludzi powyżej dziewięćdziesięciu lat. W zasadzie jeżdżę do ludzi w wieku maksymalnie do osiemdziesiątego piątego roku życia. W rzeczywistości poniżej osiemdziesiątego roku życia.

2. Kryterium 

Nie jeżdżę do mężczyzn. 

Ponieważ jednak staram się mieć umysł otwarty. Wysłuchałam, co pani z biura miała do powiedzenia, następnie porozmawiałam z opiekunką i chcąc nie chcąc wyjechałam do mięścizny w wieku dziewięćdziesiąt cztery/ dziewięćdziesiąt pięć lat - jakoś tak.

I jak jest? Runęły w gruzach moje teorie.

Pierwsza teoria, że dziadki są zboczone.

Pan kulturalny, odnosi się do mnie z szacunkiem. Jesteśmy na pan i pani. Aż mi dziwnie, bo ja na ty normalnie ze wszystkimi.

Druga teoria, że każdy starzec jest mniej lub więcej demencyjny.

U mojego podopiecznego demencji ni widu ni słychu. Jest stanowczy, co z reguły mnie wkurza. On jednak potrafi postawić się w sytuacji drugiego człowieka i decyduje bardzo mądrze i w taki sposób, że ciężko mu odmówić.

Trzecia teoria - po dziewięćdziesiątce ludzie nie chodzą 😂.

Co prawda pan ma problemy z kością udową, ale chodzi samodzielnie. Z trudem, ale samodzielnie. I tutaj znowu wiele wspólnego z tą jego samodzielnością ma brak demencji - można mu zaufać, że człowiek myśli, gdzie idzie i uważa.

Czwarta teoria - brudna łazienka.

Nie wiem jak ten człowiek to robi, ale w łazience nie widać, żeby jakiś podopieczny w ogóle istniał.

Na podstawie moich doświadczeń stwierdzam, co następuje: mężczyźni są mądrzy, a kobiety głupie.

Niestety sama jestem kobietą. Przy panu wpadłam w kompleksy. Słucham muzyki klasycznej, by się podszkolić. Zrozumiałam, że wiedza ogólna u mnie leży. Lubię pracę z osobami demencyjnymi. Ale żebym się z nimi rozwijała, to nie powiem. Może zawodowo owszem. Ale przecież nie wiąże mojej przyszłości z taką pracą. Chociaż demencją jestem zafascynowana. Well. Fajnie jest u pana. Staram sobie zorganizować czas, bo mam go jeszcze więcej niż u Sofjencji. Już wkrótce powracamy do lekcji niemieckiego. Niestety z przepisami będzie kiepsko, bo pan decyduje, co jemy. Obawiam się, że będą to schabowe 😂. Być może czasami uda mi się coś ugotować po swojemu. Ale wątpię. Zresztą wpadłam chyba w kompleksy. Za wysokie progi na moje nogi i mam lekkie obawy, że moje papki są zbyt pospolite i zbyt warzywne, by pana nimi uraczyć. Chłop lubi mięso. Ja również. Więc pod tym względem jest ok. Pod względem bloga gorzej. Nie będzie przez jakiś czas smacznych przepisów. Koncentrujemy się na lekcjach. Pisać też chyba nie będzie o czym, bo jest najnormalniej w świecie. Stwierdzam ze smutkiem. Lata życia z trudnymi podopiecznymi i człowiek nie wie, co począć w normalności.

A wy jakie macie doświadczenia z mężczyznami?
I z normalnym światem. Był ktoś z Was w normalnym miejscu? Ja jestem pierwszy raz.