Polecany post

Informacje o blogu

Blog zaczęłam prowadzić pod koniec roku 2017. Początkowo umieszczałam na nim krótkie opowiadania o mojej pracy w opiece nad osobami s...

Inne sondy na samym dole bloga :-)
Dziękuję za branie udziału w głosowaniu:-)*

Zegar biologiczny



Każdy z nas posiada swój wewnętrzy zegar biologiczny. Jeśli żyjemy w zgodzie z nim, funkcjonujemy efektywniej, jesteśmy wypoczęci, mamy pozytywny wpływ na nasze zdrowie, starzejemy się wolniej. Ważne są nie tylko czynności, jakie wykonujemy w ciągu dnia – spożywanie posiłków, wysiłek fizyczny i umysłowy, czas na relaks. Dla naszego zdrowia niezwykle dużą rolę odgrywa sen. To właśnie podczas snu organizm odpoczywa, komórki i narządy regenerują się, naprawiane są szkody, jakie zostały wyrządzone w ciągu dnia.  


Mogłabym tu pisać, o której godzinie, co dzieje się w naszym organizmie, ale nie jest to blog naukowy. Zastanawiacie się pewnie, dlaczego więc poruszam taki temat. Ano dlatego, że uważam, że w naszej pracy jest on bardzo ważny. Żyjemy w dwóch różnych światach – w swoim własnym i w świecie niemieckiego seniora, do którego wyjeżdżamy pracować. W trakcie wykonywania zlecenia bardzo często musimy się podporządkować osobie, którą się opiekujemy. 

Decydując się na pracę w opiece, byłam przekonana, że w końcu będę mogła zatroszczyć się o swoje zdrowie. Marzył mi się regularny tryb dnia, posiłki o stałej porze, przespane noce, spokój. Tak, tak. Zanim zaczęłam pracę w opiece tak właśnie wyobrażałam sobie opiekę nad niemieckimi seniorami. 

I coś w tym jest. Niemiecki senior żyje zazwyczaj według zegarka. Czasami może wydawać się to uciążliwe, czy nawet zabawne. W rzeczywistości każdy z nas powinien żyć takim rytmem. Plan dnia podopiecznego to właściwie wzorcowy zegar biologiczny każdego człowieka. 

Oto wzorcowy plan dnia, tudzież plan pracy w opiece:




Trafiając do seniora z uregulowanym planem dnia, faktycznie teoretycznie możemy zatroszczyć się o własne zdrowie. Teoretycznie, gdyż dochodzą do tego jeszcze inne czynniki; stres, na jaki bywamy narażani, brak pełnego wyżywienia, ciężka praca fizyczna, ogromne obciążenie psychiczne np. przy chorych na demencję lub przy seniorach z chorobami psychicznymi. 

Dzisiaj jednak chciałabym poruszyć jedynie problem zaburzenia naszego dziennego zegara biologicznego. Zdarza się bowiem, że trafiamy do seniorów, którzy nie mają stałego planu dnia. Żyją według własnego widzimisię. Oczekują, że jako pracownicy zatrudnieni w tzw. opiece 24 h będziemy się im podporządkowywać na każdym kroku. Moja „ulubiona” grupa opiekunów powiedziała by w tej chwili: „jedziemy do pracy, a nie na urlop”, w związku z tym, mamy robić to, czego i kiedy senior od nas oczekuje. 

Czy aby na pewno? 

Zauważmy, że my nie idziemy do pracy na osiem godzin. Jesteśmy „w pracy” dwadzieścia dwie godziny na dobę. Żaden człowiek fizycznie nie jest w stanie być w gotowości dwadzieścia dwie godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu bez uszczerbku na własnym zdrowiu. Pracując przez cały dzień mamy prawo rozkładać swoje obowiązki według własnego uznania. - Według listy obowiązków, jakie mamy do wykonania, według naszego zegara biologicznego, według naszego samopoczucia lub stanu zdrowia (jeśli akurat czujemy się gorzej) i oczywiście w miarę możliwości według potrzeb podopiecznych. 

Natomiast nie może być tak, że podopieczni wywracają nasz cały plan życia i pracy do góry nogami, bo uważają, że powinniśmy czekać na nich ze śniadaniem do 11.00, że o 14.00 zamiast skorzystać z przerwy, powinniśmy ich akurat gdzieś zawieść, czy wieczorem powinniśmy im dotrzymywać towarzystwa do północy, bo lubią długo siedzieć w nocy, a przy pójściu do łóżka potrzebują naszej pomocy. A niestety zdarzają się takie osoby. Do tego są to despoci, często popierani przez swoje rodziny, które nie chcą niepotrzebnego stresu z własnymi rodzicami i wolą trzymać się od wszystkiego z daleka.

Komuś, kto nie pracował w opiece może się wydawać, że są to małe, nic nie znaczące pierdoły, o które się czepiam. A ja jestem znana z tego, że lubię się wszystkiego czepiać. Na złość niemal wszystkim. W chwili obecnej nawet wśród opiekunów mam więcej hejterów, niż fanów. Dlaczego? Myślę, że wiele opiekunów obawia się, że jeśli w tej branży zapanuje porządek, trudniej będzie im znależć pracę. Mogą to być słuszne obawy. Jeśli nasze prawa będą szanowane, będzie to miało znaczący wpływ na wzrost wydatków Niemców na opiekę domową. Wielu z nich zrezygnuje wówczas z opieki nad rodzicami w ich własnych domach. Zmniejszy się ilość ofert pracy do opieki domowej. Zwiększy się zapotrzebowanie na wyksztalcony personel medyczny. Mnóstwo osób bez wykształcenia medycznego, z mniejszymi kwalifikacjami, ze słabszym językiem, czy też osób starszych będzie miała trudności w znalezieniu pracy w tej branży. Stąd ten las rąk pod ofertami, których firmy nigdy nie powinny oferować osobom bez wykształcenia medycznego. To właśnie ci moi hejterzy są pracownikami obecnie pożądanymi przez firmy. To się zmieni. Być może zmiany będą trwały dłużej, niż byśmy tego chcieli. Ale to się zmieni. Zbyt dużo poszkodowanych opiekunów upomina się o swoje. W efekcie końcowym to ich głos przeważy nad głosem tych, którzy w obawie, że nie znajdą zatrudnienia, są gotowi zrobić wszystko. 

Ktoś kto ma już doświadczenie w pracy, w której jest się przez całą dobę, zdaje sobie sprawę z tego, jak uciążliwe są oczekiwania seniora, że opiekun jest na każde zawołanie. Z pewnością nie raz odczuł to na własnym zdrowiu. Do tego dochodzi jeszcze problem nocnego wstawania, który przez firmy, ale i przez wiele opiekunów jest traktowany, jak coś normalnego. Tymczasem wstając regularnie w nocy, zaburzamy pracę naszego organizmu. Nasze komórki i organy wewnętrzne nie regenerują się wystarczająco, podupadamy na zdrowiu, starzejemy się szybciej. Czasami nie jesteśmy tego nawet świadomi. Nie potrafimy powiązać naszych dolegliwości z tym, jak funkcjonujemy, opiekując się seniorami. Wydaje nam się, że starzejemy się. Że jest to naturalne. Owszem, starzejemy się. Niestety tempo, w jakim to robimy, pozwalając na zaburzenie naszego wewnętrznego dobowego zegara biologicznego, starzejemy się o wiele szybciej. Starzeje się nasz żołądek, wątroba, serce, nerki, płuca… umysł. My się starzejemy.

Pamiętajmy, że zdrowia nie kupimy nawet za euro zarobione u naszego zachodniego sąsiada. 

Zastanówcie się chwilkę, gdy widzicie ogłoszenia z powalającymi stawkami, z jeszcze bardziej powalającymi schorzeniami i wymaganiami. Czy wasze zdrowie jest tego warte? Zastanówcie się, gdy traficie na zlecenie „minę”, gdzie faktycznie nie możecie zjeść, nie możecie odpocząć, nie możecie się wyspać… Czy ten pieniądz jest tego wart? Czy warto przetrwać te kilka tygodni? Czy to się zwróci? Czy może jednak warto postawić na zdrowie i powiedzieć „NIE” firmom, które w dalszym ciągu nie rozumieją, że w tym wszystkim chodzi nie tylko o pieniądze, że w tym wszystkim chodzi nie tylko o zdrowie podopiecznych. W tym wszystkim chodzi również o nasze zdrowie. Nie możemy troszczyć się o kogoś kosztem własnego zdrowia. Nie stać nas na to bez względu na to, jak wysoką pensję zaoferuje nam pracodawca oraz bez względu na wysokość odprowadzanych składek. Dlatego przyglądajcie się ogłoszeniom. Zwracajcie uwagę na to, czy decydując się na daną ofertę, będziecie w stanie normalnie funkcjonować, czy może za parę euro więcej będziecie musieli oddać własne zdrowie, a w efekcie końcowym i własne życie. 

Ile lat życia, za jakie pieniądze jesteście w stanie oddać? Dziesięć? Dwadzieścia? Za 1600 euro? Za 1800 euro? Szanujecie siebie oraz własne zdrowie i w związku z tym kilka lat życia oddacie dopiero za 2000 euro? 

Mam wrażenie, że oferty są coraz gorsze. Firm niby coraz więcej, ale zamiast zdrowej konkurencji oraz dbania o swoich pracowników, prześcigają się one w braniu zleceń, które nie nadają się do opieki domowej. A pod ich ogłoszeniami las rąk… 

Bo jaki to problem zjeść dwie godziny później to, co senior lubi (nawet jeśli jest to jedzenie naszpikowane chemią)? Jaki to problem wstać kilka razy w nocy? Przecież po to jesteśmy zatrudniani (o zgrozo!). Jaki to problem, że podopieczny na mnie nakrzyczy, gdy próbuję go umyć? Jaki to problem, że zdzieli mnie po twarzy? Przecież to chory człowiek. Jaki to problem, że nie mam czasu na odpoczynek? Przecież podopieczny nie może zostać sam. Jaki to problem, że jem na okrągło chleb tostowy i pyry? Przecież podopiecznych nie stać na to, żeby zapewnić mi pełnowartościowe wyżywienie. Jaki to problem, że muszę siedzieć na krześle przy podopiecznym od ósmej rano do dwudziestej pierwszej, uwiązana jak pies na łańcuchu, chociaż nie potrzebuje on mojej pomocy non stop? Jaki to problem? Przecież nie jadę na urlop. 

To nie Niemcy mają problem, że nie chcą się zająć swoimi rodzicami. To nie Niemcy mają problem, że ich rodzice często nie nadają się do opieki domowej. To nie Niemcy mają problem, że nie stać ich na zapewnienie nam naszych podstawowych praw, takich jak pełne wyżywienie, czas na odpoczynek, czas na sen, godną starość na godnej emeryturze. To nie Niemcy mają problem, że są starzy i chorzy. 

To my mamy problem. Ponieważ jesteśmy durni i jesteśmy przekonani, że naszym obowiązkiem jest przewracania własnego życia do góry nogami i stawiania swoich potrzeb na ostatnim miejscu. Bo nie jedziemy na urlop, tylko jedziemy do pracy. Co z tego, że ta praca bardziej przypomina przymusowe obozy pracy? Że cierpi na tym nasze zdrowie. Zarobimy, podleczymy się na tyle, by dalej móc ciągnąć ten wózek i z radością napiszemy „priv”, gdy przeczytamy kolejną ofertę pracy, z której nic nie wynika, albo co gorsze, wynika tyle, że poszukiwany jest niewolnik, który dzień i noc będzie służył swojemu panu. Będzie jadł, kiedy pan mu na to pozwoli, będzie spał, kiedy pan mu na to pozwoli, będzie biegł, kiedy pan będzie mu kazał. Run opiekunko, run! Bo życie jest jak pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, na co trafisz. Bierz każde zlecenie, jak leci. Krzycz "mało, mało!", łudząc się, że pieniądz wszystko ci wynagrodzi. 

A Niemiec siedzi i liczy swoje sreberka, śmiejąc się, że jego problem stał się naszym problemem. 

Praca w opiece w Niemczech od podszewki - Karoline Adelheid



Bardzo cieszyłam się na tą książkę. To nie pierwsza książka napisana przez opiekunkę. Nie wiem dlaczego, ale miałam wrażenie, że będzie dużo lepsza od pozostałych. Być może zmyliło mnie niemieckie nazwisko. Spodziewałam się książki „uświadomionej opiekunki”. Po cichu, czytając tytuł, miałam nadzieję, że może jest to nawet poradnik dla opiekunów osób starszych.

Po przeczytaniu pierwszych stron miałam wrażenie, że książka powstała z inicjatywy agencji pośrednictwa pracy. Po jakimś czasie, przewracając strony nudnej opowieści, uwierzyłam, że napisała ją opiekunka.

Język książki jest bardzo poprawny. Można by nawet rzec, że jest literacki. Dużo w nim opisów. Niepotrzebnych, nic nieznaczących. Sama treść jest nudna. Nie jest to poradnik. Autorka opisuje swoją pracę. Przypuszczam, że pracowała jako opiekunka na przestrzeni kilkunastu lat. Wyjeżdża do pracy, gdy jej córka ma 13 lat. Jednocześnie wspomina swoje własne dzieciństwo, jakby żyła w okresie powojennym. Miałam wrażenie, że autorka jest opiekunką w wieku przedemerytalnym, a może już nawet na emeryturze.

Opis każdego zlecenia wygląda identycznie – autorka wyjeżdża z Polski autokarem, na dworcu ktoś ją odbiera, następnie przez cały pobyt robi posiłki (wielokrotnie opisuje kto, co jadł), po czym wraca autokarem do Polski. Gdzie od czasu do czasu również podejmuje się pracy.

W książce nie ma żadnej akcji. Brakuje humoru, dramatu, interesujących historii… Czegokolwiek. Nudna opowieść nudnej opiekunki o wydawałoby się nudnej pracy. Nuda ta wynika chyba z tego, że autorka przyjmuje wszystko z pokorą. Godzi się niemal na wszystkie obowiązki nakładane ze strony niemieckich rodzin. W ten sposób żyje w złudzeniu, że wszyscy są tacy dobrzy i mili. Wykonuje czynności medyczne jak rozkładanie tabletek (pod koniec książki pisze, że firma zabroniła jej tego robić), leczy odleżyny, obsługuje stomię, nakleja plaster (ponoć ma on powstrzymać przed wymiotowaniem) przepisany przez lekarza na receptę. Po owym plastrze podopieczna trafia do szpitala i w końcu umiera. Była to schorowana kobieta i jej śmierć u nikogo nie wywołała większego zdziwienia. Ja natomiast czytając to, pomyślałam sobie, że miała szczęście, że nikt nie powiązał faktów i nie wykorzystał tego przeciwko niej. A mogła mieć olbrzymie kłopoty.

Po tej lekturze cieszyłam się, że jestem taka, jaka jestem. Być może mój upór w stosunku do Niemców przysparza mi mnóstwo kłopotów, a raczej wiele niepotrzebnych emocji, ale pracując w taki sposób jak autorka książki, w życiu nie przepracowałabym jako opiekunka sześciu lat. W międzyczasie umarłabym z nudów.

Ponieważ autorka właściwie prawie w ogóle nie sprzeciwia się nakładaniu na nią obowiązków, które do niej nie należą, tak naprawdę nie poznajemy ludzkich charakterów. Poznajemy miłych, sztucznych, dyplomatycznych Niemców, którzy postawą autorki nie są zmuszeni do okazania swojego prawdziwego oblicza.

Jestem rozczarowana. Czytałam już kilka książek opiekunek. W chwili  obecnej nawet tak przerażająca, źle napisana książka jak „Polskie niewolnice” jest dla mnie lepsza od tej pozycji. Jest ona przynajmniej jakaś. „Praca w opiece w Niemczech od podszewki” jest nijaka, bezpłciowa. Szkoda. Praca opiekunów osób starszych bywa trudna, emocjonująca. Mamy do czynienia z najróżniejszymi ludźmi. Tymczasem dla autorki interesujące były tak prozaiczne rzeczy jak garaż podziemny, autobus dwupiętrowy, budynki, obcokrajowcy na ulicy, czy bar mleczny (cokolwiek miała na myśli). Wprowadza opiekunki w błąd, pisząc, że opiekunka to nie kierowca. - Jeśli ktoś deklaruje, że ma prawo jazdy i jest gotów jeździć po Niemczech autem, jak najbardziej Niemcy i firma mogą tego wymagać od opiekunki. Oczywiście powinny zostać załatwione wszelkie formalności z tym związane. Twierdzi również, że obowiązkiem opiekunki jest przesiadywanie godzinami przy podopiecznej w szpitalu, gdy się w nim znajdzie. Na szczęście w jednym z ostatnich opowiadań od samego Niemca słyszymy, że nie jest to obowiązkiem opiekunki.

Pracę zaczynała ze słabą znajomością języka. Nie rozumiem więc, w jakim celu zamieszcza w książce jedno jedyne zdanie po niemiecku, które do tego jest napisane z błędem.

Rozumiem jej potrzebę napisania książki. Sama wydałam już dwie o tej tematyce. Chociaż zapierałam się, że nie wydam trzeciej, tyle się dzieje, że powoli w mojej głowie rodzi się myśl: „a może jednak?”. Niestety książka powinna mieć jakiś cel. Może uczyć, bawić, wzruszać, opowiadać jakąś ciekawą historię… Książka Karoline to około 250 stron zupełnie o niczym. Jestem zawiedziona. Wielka szkoda. Napisana jest językiem literackim i gdyby były to ciekawe historie, mogłaby się okazać bestsellerem. Tymczasem jest kolejną nieudaną pozycją napisaną przez kolejną opiekunkę osób starszych.

Jest jeden wniosek, jaki z niej wyciągam - opiekunowie naprawdę nie wiedzą, jakie są ich obowiązki, co muszą robić, czego nie muszą. Nawet jeśli im się wydaje, że są uświadomieni. Tutaj o dziwo główna bohaterka była przygotowana do tej pracy. Odbyła szkolenie, na którym uczono jej, że to tylko praca i powinna zachować dystans. To chyba jedyna mądra wskazówka w książce, a którą bohaterka niestety całkowicie zignorowała.

Okładka i tytuł są super. Spodziewałam się czegoś naprawdę dobrego.

Pełna nadziei, że może w zakończeniu znajdę jakieś ciekawe wnioski, przebrnęłam do końca. Niestety ostatni rozdział to jedynie litania pytań, do których nie zmusza sama treść książki, ani na które autorka nie daje odpowiedzi. Karoline miała jakiś tam pomysł na książkę, który nie wypalił. Z pewnością chciała coś przekazać. Trudno jednak powiedzieć co.

Schade, schade, schade... Chciałabym móc napisać, że piszemy odlotowe książki. Jest jeszcze jedna autorka książek o opiece. Niestety już sam opis jej książek mnie zniechęcił. Miałam wrażenie, że są to książki z serii "Opiekunka w wielkim świecie", gdzie bohaterce zapiera dech w piersiach zwykła codzienność. Do tego jakieś czary mary, hokusy pokusy i zjawiska nadprzyrodzone mają w niej miejsce, a to już zupełnie nie moja bajka.

Także czekamy na kolejną opiekunkę, która napisze książkę. Mam nadzieję, że ciekawą.

Bolesławiec


Dzisiaj byłam w Bolesławcu - w krainie deszczowców, a raczej dreszczowców. Nieprzyjemna sprawa... Wkrótce dowiecie się więcej. Mimo wszystko podarowałam sobie odrobinę luksusu i zrobiłam coś dla siebie, bloga i jego czytelników. Przeleciałam Bolesławiec wzdłuż i wszerz. Zrobiłam kilka fotek. Fajne miasto. Takie trochę wyludnione. Gdyby była wiosna... byłoby piękniej ♥️♥️♥️. 

Wiadukt kolejowy nad rzeką Bóbr


Wiadukt kolejowy


Rondo


Rynek, Urząd miasta

Rynek, Kościół pw. Wniebowzięcia NMP i św. Mikołaja


Rynek


Rynek


Urząd miasta 


Urząd miasta






Fontanna przy Urzędzie miasta


Rynek


Arkady






Sąd rejonowy

Teatr stary

Promenada zamkowa


Dolna Brama, sala gimnastyczna


Kościół pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy


Dawne zakłady tekstylne Concordia


Dawne zakłady tekstylne Concordia




















Rondo





Najpopularniejsze posty w ciągu ostatniego roku